Wyszukaj Ofertę
Wybrane Atrakcje
Wrocław - miasto spotkań
Spotkajmy się we Wrocławiu
Relacja Niezbędny element zaskoczenia
Dodał: Anonim, data: 2011-12-18 14:55:39
Niezbędny element zaskoczenia
Długo zwlekałam z podróżą do Wenecji. Znając miasto z przekazów literackich obawiałam się, że jego mityczny obraz roztrzaska się z hukiem o tłum turystów, kiedy tylko noga moja stanie na którymś z weneckich piazze. „Wenecja wenecjan prawie nie istnieje” – przeczytałam w jednym z przewodników. Trudno mi było to sobie wyobrazić – prawie każdy, kto przebywa w Wenecji to przyjezdny? A to prawie to margines pozostawiony, aby pomieścić gondolierów? No, cóż, jeśli to prawda, że to miasto to jedno wielkie muzeum, trudno się dziwić, że nawiedzają je rzesze turystów. Nie wiedziałam jak ugryźć tę podróż, żeby mój obraz Wenecji nie stracił legendarnej aury.
W różnego typu albumach oglądnęłam wielokroć Plac Świętego Marka z Pałacem Dożów, Bazylikę Świętego Marka, Campanilę – najwyższą w Wenecji dzwonnicę, Torre dell’Orologio – piękną wieżę zegarową. „Canal Grande wijący się przez miasto jak wąż nie ustępuje żadnej ulicy na świecie i żaden plac nie wytrzymuje porównania z wielką taflą wody przed placem Świętego Marka, którą z jednej strony zamyka półksiężycem sama Wenecja. Na lewo wyrasta z morza wyspa San Giorgio Maggiore, nieco dalej na prawo Dogana i wjazd na Canal Grande, gdzie nas witają dwie wspaniałe marmurowe świątynie. Oto pokrótce główne obiekty rzucające się w oczy, gdy stajemy między dwiema kolumnami na placu Świętego Marka. Panoramę te przedstawiono n a t y l u sztychach, że moi przyjaciele bez trudu mogą ja sobie wyobrazić.” Ja też mogłam, chociaż trudno byłoby mi przyznać, iż jestem przyjaciółką Goethego – autora powyższego opisu. Bardzo precyzyjnie potrafiłam wytyczyć palcem na mapie moją przejażdżkę taksówką wodną po Canal Grande rozpoznając mijane: Most Akademii, Most Rialto, Most Scalzi. Płynąc wzdłuż Canal Grande można obejrzeć ponad 200 pałaców w najróżniejszych stylach architektonicznych, od Bizancjum przez gotyk, renesans aż po barok! Tego akurat nie zdołałam sobie wyobrazić. Tyle palazzi naraz!
Teraz chodziło o to, żeby stracić równowagę wsiadając po raz pierwszy do gondoli. Dokładnie o to mi chodziło. „Któż nie musiał pokonywać przelotnego dreszczu, tajemnego strachu i niepokoju, gdy po długiej niebytności miał wsiąść do weneckiej gondoli?” – pytał Tomasz Mann. – „Osobliwa ta łódź zachowana w niezmienionym kształcie z zamierzchłych czasów i niesamowicie czarna, jak bywają tylko trumny – przypomina nieme i zbrodnicze przygody wśród pluskającej nocy, przypomina bardziej jeszcze samą śmierć, mary, posępny obrzęd, milcząca podróż”. Zależy komu. Jeśli chodzi o to, co przypomina gondola, nie można ufać autorowi, który od początku opowiadania planuje znaleźć „Śmierć w Wenecji”. Na szczęście nie on jeden pływał gondolą i przekazy innych twórców nie aż tak posępne. Goethe bardzo sobie chwalił gondolierów świetnie śpiewających Tassa i Ariosta „podkładając pod wiersze swe własne melodie”. Co prawda już w XVIII wieku śpiewacy tacy byli rzadkością, a dla niemieckiego poety występowali na specjalne zamówienie. Ale i dziś gondolier potrafi uraczyć pasażera wenecką piosenką.
Widziałam siebie popijającą kawkę w Caffè Florian – najstarszej kawiarni we Włoszech słuchając dźwięków przyjemnej muzyki klasycznej. Wagner mógł tu siadywać, Proust, Nietzsche, Mann, Byron mogli, a ja bym miała nie usiąść?
Miałam wypisane w specjalnym notesiku adresy klubów, restauracji, które posłużyły za tło niejednemu autorowi romansu, czy powieści sensacyjnej. Planowałam odwiedzić Harry’s Bar, choćby nie wiem ile miał kosztować kieliszek belliniego – aperitifu receptury wymyślonej przez Giuseppe Ciprianiego – założyciela legendarnego lokalu. Harry’s Bar zawdzięcza swoją sławę Hemingwayowi, Chaplinowi i innym znakomitościom przesiadującym tam niegdyś. Oczywiście, że spacerom moim miały towarzyszyć wizyty w bàcari – małych winiarniach. Tak to sobie wyobrażałam. Miałam już dostatecznie dużo powodów, dla których chciałam odwiedzić Wenecję i ciągle odkładałam w czasie.
I wtedy dostałam list od znajomej. Ta w podróży do Wenecji ubiegła mnie. Znajoma pisała o mnóstwie parasoli powieszonych na sznurku w jednym z weneckich podwórek. Przysłała mi także zdjęcie tego kuriozum, którego nie znalazłam w żadnym z przewodników. Czy była to instalacja prezentowana w ramach Biennale? (Mogło bowiem sprawiać wrażenie dzieła sztuki ponowoczesnej). Czy może suszenie parasoli to jakiś nieopisany jeszcze przez badaczy przedmiotu zwyczaj wenecjan, albo… hmm… Pojawił się element zaskoczenia. Musiałam to sprawdzić. I tak znalazłam się w Wenecji. Mieście sztuki, architektury! Mieście szczególnego światła! Mieście pełnym tajemnic, których nie zdołał w pełni odkryć żaden autor przewodników, żaden pisarz, żaden poeta! Mieście Belliniego, Tycjana, Tintoretto i kogoś, komu przyszło do głowy zawiesić w podwórku na sznurze tyle parasoli! Serenissima! Najjaśniejsza!
Karolina Witoj

