Walizeczka.pl portal turystyczny

Wyszukaj Ofertę

Kategoria
Podkategoria
Region
Położenie
Wybierz kategorię aby wyświetlić więcej opcji
Szukaj

Aktualności i konkursy

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Zapraszamy Państwa nad morze! Ruszyła...

2010-09-21 12:09:00
Rozwiązanie konkursu ASR

Rozwiązanie konkursu ASR

Witamy W konkursie na relację sponsorowanym...

2010-06-21 16:48:00

Wybrane Atrakcje

Wrocław - miasto spotkań

Wrocław - miasto spotkań

Spotkajmy się we Wrocławiu

Relacja Oradea – początek rumuńskiej przygody

Dodał: Anonim, data: 2011-08-06 10:00:38


Oradea – początek rumuńskiej przygody
 Zanim dotrzemy do zamków Transylwanii, aby porównywać stopień panującej w nich grozy, zatrzymamy się w mieście usytuowanym niedaleko granicy węgierskiej. W Oradei zazwyczaj podróżnicy robią pierwszy przystanek w Rumunii. Nie bez powodu.

„Jeśli Rumunia leży na południe od Polski, gdzieś obok Bułgarii, to musi być ciepłym krajem, w którego południowym słońcu rosną palmy i pasą się osiołki. Co prawda widziane oczyma wyobraźni palmowe gaje nie bardzo godziły się z oglądanymi w Zakopanem występami rumuńskich górali, którzy na jednym z Międzynarodowych Festiwali Folkloru Ziem Górskich mało co nie rozwalili ciupagami i piętami sceny i wytańczyli w ten sposób pierwszą nagrodę w kategorii zespołów najmniej skażonych cywilizacją. Kto jednak powiedział, ze w ciepłym kraju nie może być gór? Nieznana Rumunia jawiła mi się więc jako kraj gorący, w górnych partiach cokolwiek dziki.” Tak wyobrażał sobie Rumunię nim się w niej znalazł dziennikarz Maciej Kuczewski.

Jakie było moje wyobrażenie przed moją pierwszą podróżą w tamte strony? Podobne: wiedziałam, że jest tam cieplej niż w Polsce i o wiele bardziej dziko. Wiele słyszałam o górach, których szlaki turystyczne miały być świetnie oznakowane. Na szlakach tych jednak rzadko spotyka się turystów, za to zdarza się spotkać nieskrępowanego ludzką obecnością niedźwiadka. Wszak dzikość okolicy pozwoliła na osadzenie się w jednym z zamków Transylwanii Drakuli. (W filmach przygodowych dotyczących najsłynniejszego wampira świata, odwiedzający zamczysko podróżnik musiał przebyć tereny rzadko uczęszczane, co z resztą odradzali mu wieśniacy znający niebezpieczeństwo drzemiące w karpackiej krainie.)

Właśnie ta dzikość (przesadzona czy nie) działa na turystów jak magnes, a legendarna postać Drakuli jest atraktorem wykorzystywanym na dużą skalę przez żyjących z turystyki wielkich i małych przedsiębiorców – od organizatorów wycieczek do średniowiecznych zamków Transylwanii, po sprzedawców koszulek z nadrukiem wyszczerzonych w uśmiechu wampirzych kłów.

Nie każdy turysta porwie się na konfrontację z dzikością karpackich dziedzin, ale każdy, kto przybywa do Rumunii pragnie zobaczyć zamki. Za najsilniej związany z legendą Drakuli uchodzi zamek w Bran – „najbardziej znany na świecie zamek Rumunii – pisze Kuczewski – sławę zawdzięcza literaturze i filmom oraz umiejętnemu powtarzaniu tego, co ludzie chcą usłyszeć. Czterysta tysięcy turystów rocznie przyjeżdża tu z całego świata, aby obejrzeć gród słynnego potwora Drakuli i kupić jedną z kilkuset pamiątek. W rzeczywistości sam Drakula jest fikcją literacką, a jego rzekomy pierwowzór, okrutny hospodar Vlad Ţapeş (Vlad Palovnik, który z upodobaniem wbijał na pal nieprzyjaciół), nigdy nie miał nic wspólnego z zamkiem w Bran. Załoga zamku miała utrzymywać w ryzach Turków i Tatarów harcujących w tej części Siedmiogrodu.”

Może dlatego, że odwiedziłam Bran wiosennego słonecznego dnia zamek w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia posępnej budowli nadającej się na scenerię filmu z wampirem w roli głównej. Białe mury, urocze krużganki, jasne wnętrza – idealne miejsce na pensję dla panien wyglądających przez okienka komnat z robótką ręczną w dłoniach. W otoczeniu zieleni budowla prezentuje się malowniczo, lecz wcale nie groźnie. Może w świetle księżyca wygląda to jednak zupełnie inaczej. Na siedzibę Drakuli o wiele bardziej jednak pasował mi zamek w Hunedoarze – masywna ciemna gotycka budowla.


Zanim jednak dotrzemy do zamków Transylwanii, aby porównywać stopień panującej w nich grozy, zatrzymamy się w mieście usytuowanym niedaleko granicy węgierskiej. W Oradei zazwyczaj podróżnicy robią pierwszy przystanek w Rumunii. Nie bez powodu. W mieście tym świetnie zakonserwowany został szyk i atmosfera Belle Époque. Wystarczy przejść się po secesyjnej starówce, aby zrozumieć dlaczego Oradea nazywana była „Małym Paryżem nad rzeką Keresz”. Niemniej jednak architektura Oradei jest specyficzna – to pomieszanie secesji właśnie ( z czasów monarchii austro-węgierskiej), baroku i socrealizmu. Po upadku reżimu Ceauşescu całość mocno podupadła, obecnie jednak – miasto błyszczy i na pewno warto się w nim zatrzymać, aby nabrać oddechu przed dalszą transylwańską podróżą. Niedaleko Oradei znajduje się Băile Felix – turystyczny resort gdzie przez cały rok możemy korzystać z gorących źródeł. Foldery ośrodka głoszą, iż działają one świetnie na dolegliwości reumatyczne, również na problemy o charakterze nerwowym. (Może warto zrelaksować się na wypadek, gdybyśmy w dalszej podróży mieli spotkać się z wampirem, albo niedźwiedziem.)

W Oradei byłam dwa razy. Pierwsza z tych podróży była dość ekskluzywna – pozwoliłam sobie na nocleg w hotelu Iris. Nie ukrywam, że spędziłam długie nocne godziny na oglądaniu rumuńskiej telewizji. Okazało się, iż to nie wystarczy, by nauczyć się języka rumuńskiego. Za drugim razem zatrzymałam się w również eleganckim hotelu Avalon. Oba miejsca godne polecenia. Zwłaszcza, kiedy rezerwuje się noclegi za pośrednictwem serwisu HostelsClub.com, którego jestem wierną fanką, można skorzystać z atrakcyjnych rabatów.

W Oradei spacerujemy, pijemy wino, a potem ruszamy na podbój Karpat, niedźwiedzi, wampirów (opcjonalnie) – na dziko i na gorąco. Na południe.

Karolina Witoj

W tekście zacytowałam fragmentu książki Macieja Kuczewskiego „Rumunia. Koniec złotej epoki”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008. WK

Podoba mi się!
Nikt jeszcze nie oddał głosu
min