Wyszukaj Ofertę
Wybrane Atrakcje
Wrocław - miasto spotkań
Spotkajmy się we Wrocławiu
Relacja Oszukać przeznaczenie. Team 194.
Oszukać przeznaczenie. Team 194.
Sobota. 1 mają. Godzina 5.33. SMS. „Nie widzę tego wyjazdu. Właśnie wszedłem do mieszkania. Konrad”. No to pięknie – pomyślałem, przecierając z niedowierzaniem zaspane oczy. Numer startowy przydzielony, bilety lotnicze kupione, plecak spakowany, a co najważniejsze wyjazd wyczekiwany już od paru dobrych tygodni.
Konrad już wcześniej wspominał, że w piątek późno wróci z pracy, ale ani ja ani on nie spodziewaliśmy się, że będzie to aż tak późno. Po 15 kilometrowym parogodzinnym nocnym spacerze z urządzeniem do rejestrowania dźwięków wydawanych przez nietoperze miał prawo czuć się wycieńczony.
Mocno zaspany odpisałem, żeby wziął się w garść, bo teraz już za późno na to, żeby się wycofać. Szybko odpowiedział, że przecież wcale nie ma zamiaru się wycofywać, a jedynie, że po takim wysiłku wyjazd wydaje się niewykonalny, ale... kto by się tym przejmował.
Po chwili pojawił się kolejny problem – Konrad nie był jeszcze spakowany, a jednocześnie nie do końca kontaktował. Ustaliliśmy więc, że wskoczę na gadu-gadu i podyktuje mu co ma spakować. Namiot, kuchenka, śpiwór, karimata, latarka itd. Gorączkowo starałem się sobie przypomnieć, czy czegoś jeszcze nie potrzebujemy, w końcu to Konrad ma większe doświadczenie podróżnicze i wie najlepiej co trzeba wziąć. W końcu odpisał - „Ok, spakowałem”. Odetchnąłem z ulgą, zamknąłem laptopa, zarzuciłem plecak na plecy i ruszyłem na przystanek.
Na przystanku już stała grupka ludzi z plecakami, jak się później okazało naszych konkurentów. Tramwaj ruszył, a z każdym przystankiem ilość ludzi z plecakami robiła się coraz większa. Przystanek „Uniwersytet Ekonomiczny” i wszyscy wysiedli. Teraz kolejne pytanie – gdzie jest Konrad? Z tym na szczęście nie było już większych problemów, po chwili go odnalazłem i ruszyliśmy do rejestracji. Dostaliśmy koszulki, numery startowe, a co najważniejsze po bułce i red bullu (przed wyjściem nie zdążyłem już nic zjeść). Mały posiłek, pamiątkowe zdjęcie, no i wreszcie długo oczekiwany start.
Ruszyliśmy dość spokojnie w kierunku miejsca, z którego zaczynaliśmy naszą poprzednią autostopową podróż. Zmierzając w kierunku upatrzonego miejsca mijaliśmy kolejne grupki ubrane w niebieskie koszulki z charakterystycznym logo Auto Stop Race. Gdy wreszcie dotarliśmy do celu okazało się, że nasze miejsce upatrzyło sobie także 10 innych ekip. Dlatego też ruszyliśmy w dalszą trasę. Ostatecznie dotarliśmy na nogach do samej autostrady. Stanęliśmy na stacji Orlenu razem z kilkoma innymi ekipami i zaczęliśmy łapanie. Jak można było się spodziewać – w pierwszej kolejności zabierano dziewczyny, w drugiej pary mieszane, a nas nijak nie chciał nikt zabrać. W końcu po ponad dwóch godzinach stania udało się. Miła para jadąca do Karpacza zgodziła się podrzucić nas w okolice Legnicy. Niby nie daleko, ale zawsze coś... Poza tym wstyd było zakończyć rajd we Wrocławiu:) Podróż minęła dość szybko, w końcu autostopowiczów biorą zwykle ciekawi i sympatyczni ludzie, a z ciekawymi ludźmi warto rozmawiać:)
Na stacji przy autostradzie, gdzie nas wysadzili stało już kilka ekip, niestety jak zwykle żeńskich. Prawidłowość jak zwykle ta sama, żeńskie pary znikały, a my wciąż staliśmy jak kołki. Ręka usychała od machania, ale nikt nie chciał się zatrzymać. W końcu udało się i to jeszcze jak! Trójka przyjaciół jechała aż do samego Drezna na majowy wypad. Trzeba przyznać, że mieliśmy tę, może nieco sadystyczną, przyjemność, kiedy mijaliśmy kolejne grupki niebieskich koszulek machające w naszą stronę. Gdy dotarliśmy do Drezna (znów nawet nie zauważyliśmy jak szybko minął czas) z racji na popołudniową porę postanowiliśmy coś zjeść. Usiedliśmy na wzgórku przy autostradzie – wyciągnęliśmy kuchenkę i tu pojawił się kolejny problem – nie ma zapałek! Problem nie byłby jeszcze pewnie tak poważny gdyby nie to, że w portfelu nie mieliśmy nawet jednego euro. Na szczęście w pobliżu stała niebieska para, która wymieniła nam nieco drobnych. Niestety na nic się to zdało, bo nigdzie w pobliżu nie znalazłem żadnego otwartego sklepu. W czasie gdy ja szukałem zapałek, bądź zapalniczki Konrad zjadł już co nieco, a gdy wróciłem postanowiliśmy, że ja zjem już w trakcie łapania, bo i tak minęło już sporo czasu. Nie zdążyłem jeszcze dobrze posmarować kromki, a zatrzymał się przy nas czarny Opel. No więc z jedzenia nici. Co ciekawe zabrała nas jadąca w pojedynkę wytatuowana kobieta, z różową czupryną. Jak się później okazało Niemka polskiego pochodzenia. Niestety po polsku nie rozumiała ani słowa, a nasz niemiecki do najlepszych nie należy. Na szczęście od czasu do czasu z pomocą przychodziła nam mama naszej dobrodziejki – Polka, do której co jakiś czas wydzwaniała nasza pani kierowca. Właściwie wydzwaniała do kogoś co chwilę przez całą drogę. Konrad spał już na tylnym siedzeniu, a ja ze śmiercią w oczach przyglądałem się jak nasza dobrodziejka z 150 km/h na liczniku, papierosem w jednej ręce i komórką w drugiej prowadzi samochód, a z nieba strugami leje się deszcz... No i jeszcze to rozbrajające stwierdzenie, że to samochód koleżanki, dlatego jest taki wolny... Dzięki Bogu dotarliśmy w jednym kawałku, ale niestety wysadziła nas przy zjeździe z autostrady, co oznaczało kilkukilometrową przechadzkę w deszczu wzdłuż drogi. Po drodze zrewidowali nas niemieccy policjanci i pocieszyli, że do stacji jest nie daleko – tylko 3 km. Kiedy dotarliśmy na miejsce powoli zaczęło się ściemniać, postanowiliśmy jednak, że zanim zaczniemy znowu łapać stopa coś przekąsimy. Gdy skończyliśmy jeść zrobiło się kompletnie ciemno i wybiła 22. Dzielnie postanowiliśmy jednak nie ustępować i dalej łapać. Na stacji było z nami razem jeszcze 5 drużyn w tym jedna trzyosobowa. Niestety samochodów pojawiało się coraz mniej, a kierowcy byli raczej niechętni wizji wzięcia nocnych autostopowiczów. Dzielnie dotrwaliśmy jednak do czwartej nad ranem. Musieliśmy wyglądać dość mizernie, bo obsługujący stację Turek w odruchu litości zaczął wynosić nam jedzenie. W końcu daliśmy za wygraną. Było jednak na tyle późno, że rozbijanie namiotu było raczej pozbawione sensu, toteż rozłożyliśmy karimaty w pobliskim tunelu dla pieszych biegnącym pod autostradą.
Obudziliśmy się około 7, a pewnie byłoby to jeszcze później gdyby nie grupki niemieckich emerytów uprawiających poranny jogging i patrzących na nas ze zdziwieniem. Wstaliśmy więc i zabraliśmy się za ponowne łapanie okazji. Tym razem udało się dość szybko po jakichś 30 minutach. Zabrała nas bardzo miła para Niemców z Chemnitz jadąca do Merano we włoskiej części Tyrolu. Wybrali jednak nieco okrężną drogę zahaczającą nawet o szwajcarski sklep bezcłowy. Dzięki temu zobaczyliśmy jednak najwyższy niemiecki szczyt – spowity gęstą mgłą Zugspitze i słynną skocznie w Garmisch-Partenkirchen. W końcu około 15 dotarliśmy do Merano. Od naszych gospodarzy dostaliśmy jeszcze po szwajcarskiej czekoladzie i butelce niemieckiego piwa. W Merano spędziliśmy prawie 5 h starając się złapać cokolwiek. W końcu zatrzymała się para włoskich studentów, która zabrała nas do pobliskiego – oddalonego o nieco ponad 20 km Bolzano. Tu zaczęły się prawdziwe schody. Dotarliśmy co prawda na parking przy autostradzie, ale od razu usłyszeliśmy od patrolu policji, że łapanie tam stopa jest zabronione. Na dodatek ruch na parkingu był tak niewielki, że ciężko było się spodziewać spektakularnych sukcesów. W końcu postanowiliśmy się udać na zasłużony sen. Rano znów obudził nas deszcz. Morale w zespole dramatycznie spadło to już w końcu trzeci, ostatni dzień wyścigu. Ruszyliśmy jednak by coś złapać. Stanęliśmy więc na przystanku autobusowym i staraliśmy się złapać cokolwiek w kierunku Trentu, co godzinę zmieniając miejsce postoju. W końcu po ośmiu godzinach daliśmy za wygraną. Dla nas Auto Stop Race zakończył się. Dalej odbyliśmy nie mniej ciekawą podróż pociągiem, ale to już materiał na inną opowieść...

