Walizeczka.pl portal turystyczny

Wyszukaj Ofertę

Kategoria
Podkategoria
Region
Położenie
Wybierz kategorię aby wyświetlić więcej opcji
Szukaj

Aktualności i konkursy

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Zapraszamy Państwa nad morze! Ruszyła...

2010-09-21 12:09:00
Rozwiązanie konkursu ASR

Rozwiązanie konkursu ASR

Witamy W konkursie na relację sponsorowanym...

2010-06-21 16:48:00

Wybrane Atrakcje

Wrocław - miasto spotkań

Wrocław - miasto spotkań

Spotkajmy się we Wrocławiu

Relacja Stopem przez świat

Dodał: Apolinary, data: 2010-05-14 23:59:33


Stopem przez świat

Ja szampon, Ty pasztet, ja mydło, Ty latarka…..no dobra, jakoś to będzie!

Raz dwa trzy bułka redbull ruszamy!
Nie byliśmy oryginalni, pierwsza złapana okazja to 133 z Hallera prosto na Bielany, plecaki na bok, tabliczki w górę, kciuki gdzieś tam i proszę, wystarczyło troszkę poskakać i już jedziemy do Legnicy, a w plecaku mamy dodatkowy gadżet – krem z filtrem już zapowiadający włoskie słońce!:)

Wydawało się, że po wyjechaniu z tego Smerfowa już nigdy w nie nie wrócimy. Jacy byliśmy naiwni – u celu pierwszej części naszej podróży już czekała na nas spora gromadka. Ale chwila moment nie dalej jak po 15min siedzieliśmy na skórzanej tapicerce w pewnym aucie z wyraźnymi wskazówkami od naszego drivera – „gdy zadzwoni żona, wy się nie odzywacie i wyłączacie swoje telefony.” Jak się okazuje w dorosłym mężczyźnie też jest chęć przypomnienia sobie przygód z młodości, nawet jeśli obecna towarzyszka nie jest tego zwolenniczką:)

W każdym razie, póki co idzie jak z płatka! Przecież już granica, słońce świeci, są i organizatorzy i kolejne miłe polskie małżeństwo, gotowe użyczyć nam odrobiny przestrzeni i jak się później okazało, gotowe też wpędzić nas w niezłe maliny. Zgodnie z naszą prośbą, aby nie wysadzać nas na niemieckiej autostradzie, jako że chodzenie po niej a tym bardziej łapanie na niej stopa jest zabronione, zadowoleni z siebie i swojego pięknego uczynku wysadzili nas na niemieckiej autostradzie. Na policję nie trzeba było długo czekać, daliśmy im 15min i tu się nie zawiedliśmy. Jak się okazało, całkiem się to opłacało! Przecież oprócz tego że wlepili nam mandat, to musieli nas z tej autostrady zabrać – czy nie o to nam chodziło?:) Niech to będzie ironia losu;]

Podwózka była nadzwyczaj skuteczna, choć nie bardziej niż znajomość sprzętu elektronicznego Apolinarego. Przesympatyczna Pani Bogusia, w dużym i pustym kombi, które już z daleka rzuciło się nam w oczy „niestety” nie potrafiła ustawić w GPSie adresu swojej koleżanki, którą jedzie odwiedzić w Monachium („Monachium? Too ponad 500km, ta Pani ma puste auto i nie umie sobie poradzić z GPSem – nie musiałam długo Apolinaremu tłumaczyć, że nie ma innego wyjścia jak ustawić jej ten adres z najszerszym uśmiechem na ustach na jaki go stać:)). Po takich znajomościach można odzyskać wiarę w człowieka:) I to nie tylko z mojej strony – jak się okazało, dla Pani Bogusi byliśmy pierwszymi w życiu autostopowiczami:)
A więc Monachium….poszło szybko, krótka wizyta u wspomnianej koleżanki i już jesteśmy w drodze na wylotówkę na Austrię:) Tam najpierw zaliczyliśmy podróż na gąbce w „bączku” bez siedzeń, a potem spotkaliśmy chyba pół Smerfów z Bielan na jednej stacji benzynowej. Nie było na co czekać, gadka szmatka, może Ci, może tamci, jest! „POLO, JEDZIEMY DO WŁOCH!”

 

Pierwszy raz we Włoszech... i za dużo póki co nie zobaczę, w końcu jest ok 23 godziny więc ciemnica. Jedyne światła to z niewielkiej stacji benzynowej, na której się znajdujemy. Ola zaczyna zagadywać ludzi, którzy tankują benzynę, a ja korzystam z tego czasu by się pożywić. W końcu przydaje się termos z kawą.

Po jakichś 20min jedziemy nowiutkim punto z włoską nauczycielką, która pierwsze 5min drogi jechała bez świateł póki Ola nie zwróciła jej na to uwagi ;] Nasza autostopowa "zbawicielka" chwali się również tym, że poza nauczaniem matematyki zajmuje się głoszeniem mów na pgrzebach. Po drodze próbuje się z nami dogadać po ang. bardzo prostym językiem ale daje radę. Widać bardziej speszona niż my :)

Niestety chyba niezbyt wiele zrozumiała z tego co mówiliśmy bo zostawia nas w małej mieścinie koło pizzerii. Jak na złość obok stacja benzynowa samoobsługowa (z automatami na banknoty), a na niej kobieta lekkich obyczajów. Jak się później okazuje w promieniu 300m chyba z 10 "koleżanek" ww. pani ;]

Tutaj mamy pierwszą niemiłą sytuację i to niestety z rodakiem ;] Chodząc w koło i szukając wyjazdu z tego fatalnego miejsca zauważam polską rejestrację więc próbujemy zagadać do kierowcy na wrocławskich "blachach". Na nasze neutralne zapytanie o podwózkę zostajemy zaatakowani słownie z żądaniem oddania 3 tys euro, a następnie jakiejkolwiek gotówki jaką posiadamy. W końcu wg. tego pana oczekujemy od niego czegoś niezwykłego. Oddalamy się z tego miejsca jak najszybciej i próbujemy zapomnieć, że Polak, Polakowi za granicą wilkiem.

Po błądzeniu ok 30mintowym udaje nam się złapać na stacji typka, który podwozi nas w "lepsze miejsce". McDonalds, w którym praktycznie pusto, i kolejna stacja samoobsługowa. W końcu ktoś się zatrzymuje, młoda para włochów, która nie jest z tej mieściny ale zgadzają się nas podwieźć. Kto by pomyślał, że w mini morisie zmieszczą się 4 osoby i 85l plecak:D

Trochę błądzimy ale przemili włosi (chyba jedyni - jak się później okaże) nadrabiają ok 100km by nas dowieźć do dużej stacji. Tutaj spotykamy drużynę dziewczyn, które czekają na polskiego kierowcę TIRa, który ma przymusowy postój. Jak się dowiadujemy dowiezie je do Bolonii (szczęściary!!). Próbowaliśmy go przekonać by zabrał i nas ale niestety w kabinie TIRa, aż tyle miejsca nie ma.

Dołącza do nas kolejna drużyna - tym razem dwóch chłopaków. I tak z nimi czekamy z 2h (a sami już 4h). Zaczyna wiać i robić się bardzo zimno. Podjeżdża nagle pełne auto - 3 włochów EMO, troche wstawionych (tak przynajmniej się zachowują) i w środku kolejna drużyna dziewczyn. Po krótkiej konwersacji przekonują ich by podwieźli ich dalej. Nie ma to jak fart;]

Zatem znów zostajemy we 2 drużyny. Mija kolejna godzina i zaczyna się lekki ruch. Środek nocy i w końcu udaje się złapać małżeństwo, które jedzie DALEKO... (tak się wydawało na początku). Zostawiają nas na auto grillu, który jest ogromną stacją benzynową. Ale co z tego skoro przychodzi nam tam spędzić całą noc! I do tego zostawili nas po złej stronie autostrady.... A to tylko początek :>

Środek nocy, ciemno strasznie, auta pędzą 200km/h a my przebiegamy przez autostradę przeskakując barierki o wysokości 1m. SZALEŃSTWO - tak można to nazwać. Po dostaniu się na druga stronę czaimy się za krzakami... coś mnie tknęło i patrzę co jest dalej... Jak na złość Policja;] Na szczęście nas nie widzą więc czekamy 15min zanim odjadą i wchodzimy na stację. Tu czekamy do świtu, a usłyszawszy nasz rodzimy język podchodzę do TIRowców. Niestety 6 rano więc dalej nie pojadą. Ale zdradzają nam jeden drobny szczegół - w tym Auto Grilllu jest podziemne przejście na drugą stronę - tylko czemu tak późno się o tym dowiedzieliśmy :P

Po 8h w tym przeklętym miejscu łapiemy Włocha w kowbojskim kapeluszu. Wydaje się spoko, ale tylko wydaje gdy zostawia nas na autostradzie bo on musi zjechać;] Na szczęście tylko 500m do stacji więc przebiegamy za barierkami i przeciskamy się do kolejnej stacji. Jakże się cieszę gdy widzę busa z Polakami.. Moja myśl o normalnej podwózce niestety musi odejść gdyż owa wycieczka jedzie w inną stronę. No cóż, trudno! W międzyczasie pracownik stacji porozumiewawczym mrugnięciem oka daje nam do zrozumienia, że nieopodal jest policja, a co za tym idzie łapanie stopa może skończyć się mandatem. Wiemy już czym to grozi zatem czekamy dalej aż w końcu łapiemy i to w miarę szybko busa, który dowozi nas do Wenecji. Nie ma czasu na podziwianie widoków (chociaż stare miasto jest piękne). Czas jechać dalej. Niestety Wenecja okazuje się przekęta. Razem z dwoma drużynami utknęliśmy na jedynej wyjazdowej drodze, a Włosi nie rozumieją włoskiego i oczywiście nie jada w naszym kierunku. Skandal! Po spytaniu ok 100 kierowców i zrobieniu kilku rundek po mieście w końcu udaje nam się wyjechać. I tak już do Rimini, a tam szybko łapiemy autobus i jedziemy do kolejnej mieściny.

Tu na przystanku znajdujemy trzy drużyny... jak się potem okazuje znajomi znajomych (jak nie współlokatorzy koleżanek, to kumpel współlokatora) :) eh jaki ten świat jest jednak mały :) W oczekiwaniu na ostatni autobus mający nas dowieźć prawie pod sam kemping raczymy się winkiem i opowieściami. W końcu pojawia się autobus i tak wesoła grupka ładuje się do środka. Teraz w takiej paczce nic już nie jest nam straszne, nawet jazda bez biletu :) Z gromkim śmiechem dojeżdżamy do Cattolica. Środek nocy więc prawie żadnej żywej duszy, a przed nami dłuuuga droga na pieszo do obozowiska. Mimo pozdzieranych stóp maszeruję żwawo na czele peletonu razem z Adamem (pozdro!). Dwie godziny spędzamy na mniej lub bardziej "poważnych" dyskusjach oczywiście cały czas maszerując w (mając nadzieję) dobrym kierunku. Wspinając się pod ogromną górę jedyne myśli jakie kołatają nam w głowach to takie: co zrobimy organizatorom gdy ich spotkamy" W końcu to oni ustawili obozowisko aż tak wysoko. Podczas odpoczynku nadjeżdża włoski jeep z drużyną w środku. tym to się udało! Jednak widząc, że nasze siły są już na wyczerpaniu szybko zgłaszają chęć zabrania naszych bagaży!! Świetnie!! A po chwili nawet nas wszystkich. I tak w środku-na kolanach, na zewnątrz-stojąc na progach oraz leżąc na dachu docieramy do mety gdzie słychać śpiewy. Impreza trwa na całego... chwila odsapnięcia i również dołączamy do rozbawionej gromadki. META!!

Dzięki wszystkim, było na prawdę świetnie!

Podoba mi się!
3 osobom się podobało