Wyszukaj Ofertę
Wybrane Atrakcje
Wrocław - miasto spotkań
Spotkajmy się we Wrocławiu
Relacja We well see :)
We well see :)
Przygotowania:
-Słyszałaś, jest taki konkurs autostopowy, znajomi byli w zeszłym roku...
-Tak, ale tak przez Polskę? Do Pragi? Wolę już sama gdzieś pojechać
Kilka dni później
-A słyszałaś o Rimini?
-Jedziemy?
-Jedziemy do Włoch na stopa!
Piątek
Jak te zajęcia się ciągną, akurat dzisiaj wszystko musi trwać tak długo!
O 13 pociąg do Wrocławia, o 12 telefony- Ty bierz pastę, ja mydło, a namiot? Po co nam namiot, poradzimy sobie bez! I nie zapomnij wziąć biletów na samolot.
Relacja Szczecin- Poznań, 15 min na przesiadkę, wstawiamy się na peron, a gdzie nasz pociąg? Odjechał. Dyżurny peronowy: - Ja się nie znam, nie wiem czemu już pojechał
Welcome Poznań! telefony w ruch, nasza przyjaciółka z Poznania miała miłą niespodziankę.
Łapiemy kolejny pociąg do Wrocławia, sardynki jadą do Wro, a mówią na szczecinian paprykarze! Na peronie czekają na nas znajomi i przyjmują nas pod swój przytulny dach.
Dobry plan pójścia wcześniej spać oczywiście się nie ziścił. Trzeba było wymienić się newsami ze „świata i mody” i pooglądać wspólne zdjęcia.
Sobota
6:00 deszcz, deszcz, deszcz- może majówka we Wrocławiu?
7.30 start, ile tu ludzi! nie mamy szans w rywalizacji i nie znamy Wrocławia! Spotykamy znajomych ze Szczecina i z Poznania, powoli rozbudza się w nas duch rywalizacji i wraca chęć do zabawy. Nie straszna nam pogoda, liczy się przygoda!
9.00 Ustawiamy się na starcie, odliczanie 3, 2, 1 start, spokojnie po rzeczy zdarzymy ich wszystkich wyprzedzić, rozegramy tę grę jak chcemy.
Niedługo później dostajemy się na obrzeża Wrocławia, przed nami 1400 km, ciekawe jak długo nam to zajmie. Zatrzymuje się auto- wspaniale, pełne zapału opowiadamy co się dzieje, dokąd jedziemy. Pan Wodzirej, dorabia na weselach w Legnicy, jedzie do Zgorzelca do domu. Przy drugim, trzecim, czwartym stopie rozmowa jest świetną rozrywką, a później...nie sądziłyśmy, że rozmowy z kierowcami będą najbardziej męczącą częścią podróży! A przecież wszyscy doskonale wiedzą, że im lepiej ich zagadamy- tym dalej dojedziemy. Ale nie chodziło nam o prędkość, ale o to co nam się przytrafi i jakich ludzi spotkamy. Kolejny stop przed wjazdem na autostradę do Drezna
-Hi, Are you going to Drezno?
-Missverstehen
-Sylwia jak powiedzieć po Niemiecku?
-To czemu nie mówicie, że jesteście z Polski?
Gangsterka- Skóra, fura i komóra
Super auto, 5 telefonów komórkowych, 3 GPS-y a na wstępie na głośno mówiącym:
-Krzysiu nie mów proszę o „naszych sprawach” bo wiozę dwie młode studentki
Wzrok Sylwii, ja sprawdzam kieszeń- gaz na miejscu. Po 10 minutach zapominamy i wstydzimy się naszych podejrzeń, rozmawiamy o rodzinie naszego kierowcy i o jego ukochanym kocie. Poznajemy również, właściciela polskiego Tymbarka.
Zawiózł nas oczywiście dalej, zbaczając przy tym z drogi, przecież gdyby nie to, że mu się spieszyło- zawiózłby nas do samego Rimini.
- I pamiętajcie dziewczyny koniecznie wysłać mi smsa czy dotarłyście, i zdjęcia od razu po powrocie!
Na zjeździe po 5 minutach znajdujemy nowego towarzysza drogi- jedzie co prawda do Szwajcarii ale w stronę Monachium, więc nam po drodze. Czarujący, miły i przystojny- czego dziewczyny chciałby więcej? Może, żeby był aktorem? Tak gra w znanej włoskiej telenoweli „Storm og love". Ja zasypiam na chwilę, ale Sylwia nie może oderwać od niego wzroku- jedzmy do Szwajcarii wyczytuje z jej błyszczących oczu! Opowiada nam anegdoty z planu i jak to jest być napastowanym przez starsze kobiety, które grożą mu jeśli się z nimi nie umówi. Moja blokada z językiem nie pozwalała mi na początku zbyt wiele wtrącić, za to moja partnerka radziła sobie fantastycznie. Na szczęście z każdym kolejnym stopem miałam do powiedzenia więcej, a ciężko jest nie mówić komuś, kto ciszą w towarzystwie nie grzeszy. Wysiadka na kolejne stacji, szukamy dalej. Samotny mężczyzna z twarzą poczciwego dziadka zgadza się nas zabrać do Monachium. Zauważamy odmienność jaka panuje w każdym kolejnym aucie, to tak jakby otwierać drzwi do nowego świata. W każdym panuje inna atmosfera, inny ton rozmowy, inna muzyka w tle – może tylko tematy się powtarzają: Skąd jesteście? Co tu robicie? Co studiujecie? Doktor zostawia nas na stacji. Wysiadając myślimy, chyba idzie nam całkiem nieźle, ciągle jechałyśmy, więc możliwe, że jesteśmy w czołówce? 3 sekundy później widzimy 6 niebieskich koszulek rozsypanych po stacji i zagadujących kierowców. To czas na krótki postój, wyciągamy kanapki i zasiadamy z nimi do stołu. Udaje nam się w między czasie zagadać Włocha, żeby nas zabrał ze sobą do słonecznej Italy. Okazało się, że jedzie do Rzymu. Ale wysłuchując naszej historii, powiedział ze smutkiem – Ze mną nie wygracie, jestem zmęczony i jadę bardzo wolno. Nie zwracając jednak uwagi na jego komentarze wsiadamy do auta. Miał racje- jedzie bardzo wolno, a przy tym zasypia! Tylko jak jedna albo druga przestawała mówić, to zaraz głowa opadała i nasz Włoch krzyczał –Girls voice!
Jedna, druga kawa, kilka postojów dodawały naszemu kompanowi podróży trochę energii. W końcu dojechałyśmy do Innsbrucka. Jakie góry! Nie mogłam oderwać nosa od szyby, przepiękne miejsce- zasłyszane tylko z opowieści. Tam przy zjeździe zdecydowałyśmy przesiąść się na inne auto, ale niestety nie było zbyt dużego wyboru i nikt nie jechał w naszą stronę. Chcąc czy nie chcąc wpakowałyśmy się z powrotem do naszego „znajomego” i dojechałyśmy z nim do samej Boloni. Tam około 1 w nocy zawitałyśmy na stacji, po kilku próbach zagadywania kierowców, okazuje się, że znajdujemy się nie z tej strony autostrady co trzeba. Szukamy więc przejścia na drugą stronę- niestety przejście zamykają o 23. – Musicie zostać do rana i poczekać, aż otworzą- podpowiada nam obsługa stacji
W życiu! Głęboki oddech, to co? Biegniemy? Łapiemy się na ręce jak małe dziewczynki i na drugą stronę. Od razu nas ten bieg przebudził. Dostajemy się na słynne stacje „Agip” i próbujemy znaleźć kolejna okazję. Od rosyjskiego barmana dowiadujemy się w jak niezwykle ciężkiej sytuacji się znalazłyśmy, przed nami obwodnica, niestety nikt nie jedzie w naszą stronę. Spędzamy tam 1,5 h, rozmyślamy już nad noclegiem na zapleczu u naszego wschodniego sąsiada. W końcu podjeżdża bardzo imprezowy samochód. Mówię do Sylwii coś w stylu- -A co mi szkodzi?! Podchodzę i pytam.
- Nie, nie jedziemy, ale weźmiemy Was na imprezę, będzie super!
Właśnie dzięki nim ominęłyśmy nieszczęsną obwodnice i trafiłyśmy na drogę prowadzącą wprost do naszego celu. Syberyjczyk, Włoch i jego dziewczyna- prosto z klubu gdzie była dj, i jak nie słuchamy techno to niektóre kawałki były naprawdę niesamowite.Jeden z kawałków które nam polecili "what the fuck" fatboy - niezywkle nakręcający kawałek- i słowa dla studentów zrozumiałe!
Kolejna stacja paliw, kolejne próby złapania czegoś do Rimini- ludzie tam nikt nie jeździ!
A gdzie jest Rimini? A poza tym mało co który Włoch zna angielski!
W końcu zagadnęłyśmy jednego chłopaka- konkretnie dresa, a tam jeden dres przecież nic nam nie zrobi. Nie jechał co prawda dokładnie tam gdzie chciałyśmy, ale w tę samą stronę, usłyszałyśmy tylko klasyczne „no problem” i pakujemy się do auta. Otwiera drzwi a tam dwójka śpiących dresów. Yyy? Co robimy? Chyba zmęczenie i bliskość celu naszej podróży zwyciężyła z racjonalnym myśleniem. Łamiemy konwenanse- dresy są spoko! Jak się później okazało Ci byli świetni. Wybierali się właśnie pochód, stwierdzili, że bez problemu nas dowiozą zbaczając z trasy. W ten sposób trafiłyśmy do samego Campingu Paradiso. Pamiątkowa fota, podziękowania- byli wręcz wzruszeni, że dzięki nam zobaczyli takie ciekawe miejsce. Piękny widok znad naszego klifu, rozpościerający się na otchłań Adriatyku.
Wchodzimy- wszyscy śpią, w końcu jest 6 rano. Ktoś w śpiącym aucie odhaczył naszą obecność, nie wiedząc do końca które dotarłyśmy poszłyśmy obadać teren. Parę namiotów pogrążonych we śnie. Zebrałyśmy nasze rzeczy i kierunek Morze! Zeszłyśmy na sam dół, odkrywając magiczną miejscówkę opuszczonej drewnianej restauracji, gdzie z resztą później odbywały się najlepsze imprezy i tam zmęczone pogrążyłyśmy się we śnie. Obudziła nas lekka mżawka i dwie dziewczyny z wyścigu przyglądające się nam z zaciekawieniem. Kto to?
To MY.
Jak się okazało wcale nie poszło nam najgorzej, a raczej całkiem dobrze- 10 miejsce- Szczecin!
Powrót
Jeżeli jesteśmy w stanie przejechać 1400 km w 21 h to co to dla nas 400 km?
Wyruszyłyśmy z samego rana, złapałyśmy parę stopów aby wydostać się z naszej „dziury” a następnie kierunek Mediolan skąd odlatywał nas powrotny samolot. Zabrał nas przemiły Tirowiec, który obiecał nas przerzucić na kolejnego Tira zmierzającego właśnie do Milanu. I jak obiecał tak też zrobił. Tylko... czas tak przyjemnie upływał zabrał nas na kawę i na pizze, dużo rozmawialiśmy- On po rosyjsku, my po polsku i świetnie się dogadaliśmy, świetnie, prócz jednej kwestii... godziny odlotu samolotu. Kiedy w końcu pokazałyśmy mu swój bilet, to złapał się za głowę „ STUDENTY HOOLIGANY!” Oznaczało to nic innego- nie zdarzycie.
Tak też się stało. I co teraz? Miałyśmy ze sobą 30 euro, za które nie odmówiłyśmy sobie skosztować wina na naszym campingu (autostopowicze biorący udział doskonale wiedzą o czym mówię- impreza była świetna) i nie zostało nam nic. Jeżeli byłybyśmy przygotowane na powrót również stopem to nie byłoby problemu, ale czas na naglił, musiałyśmy być w Szczecinie najpóźniej następnego dnia co teraz? Nie wierzę w dobre duchy i przeznaczenie, ale ten człowiek spadł nam z nieba. Przygarnął nas na stacji, po wysłuchaniu naszej historii zawiózł nas do Mediolanu i bez dyskusji wręczył nam 100 euro. Spotkałeś/łaś kiedyś takiego człowieka który tak bezinteresownie pomaga? Ja nigdy. Oczywiście obietnice, że oddamy zostały zaprzysiężone, ale to nie to się tutaj liczy, liczy się gest którym nas wzruszył. Po mniejszych i większych przebojach dotarłyśmy na lotnisko- przebookowujemy bilet również z nie małymi problemami i dopłatami, ale to nie wszystko- na lotniku czeka inna para z naszego wyścigu! Uciekł im samolot. I tak oto spędziliśmy niezapomnianą noc niczym prawdziwy kloszardzi na lotnisku, spania dużo nie było, bo podłogi trzeba było umyć, ale i tak zapamiętamy ją do końca życia.
Możliwe, że były ciekawsze historie... zauważyłyśmy zasadę, że im później ktoś docierał tym miał więcej przygód, ale i tak nie zamieniłybyśmy naszej podróży na żądną inną. Niesamowita przygoda, wspaniali napotkani ludzie, świetna atmosfera wśród biorących udział studentów i cudowne widoki.
A nasze hasło wyjazdu to „ We well see”- bo co innego odpowiedzieć jak ktoś pyta i co dalej?
Pozdrawiamy ze Szczecina- Zuza i Sylwia.

