Walizeczka.pl portal turystyczny

Wyszukaj Ofertę

Kategoria
Podkategoria
Region
Położenie
Wybierz kategorię aby wyświetlić więcej opcji
Szukaj

Aktualności i konkursy

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Zapraszamy Państwa nad morze! Ruszyła...

2010-09-21 12:09:00
Rozwiązanie konkursu ASR

Rozwiązanie konkursu ASR

Witamy W konkursie na relację sponsorowanym...

2010-06-21 16:48:00

Wybrane Atrakcje

Wrocław - miasto spotkań

Wrocław - miasto spotkań

Spotkajmy się we Wrocławiu

Relacja Podróż za naleśnik :)

Dodał: Gracja, data: 2010-05-14 01:06:53


Podróż za naleśnik :)

1 maj 2010

Pada.. Jechać czy nie jechać.. A jeszcze spakować się trzeba.. No dobra - rzut monetą i fortuna każe jechać. W autobusie w dordze na UE spotkanie z pierwszą ekipą. Konkurencja okazała się na poziomie i deszcz od razu mniej przeszkadzał.

W końcu UE. Muzyka i kolor niebieski jest dowodem na to, że my się deszczu nie boimy. Tylko gdzie jest moja para? Dorotkooo! Gdzie jesteś? Wybieranie numeru, biiip, biiip i oto jej głos : już wsiadam do tramwaju!

A więc deszcz jej nie straszny - kamień z serducha.

Jest! No to team 72 w komplecie. Koszulki mamy, pakiety mamy. Jest dobrze.

Jeszcze tylko wywiady, sesja fotograficzna i ustawiamy się na starcie.

No i tłum ruszył. Każdy w swoją stronę. Niektóre kierunki bardziej oblegane. My spokojnym krokiem wyruszamy przed UE. Zakładamy nasze świąteczne czapki i łapiemy stopa. Robi się ciasno, Idziemy za róg i oto jest! Nas pierwszy dobroczyńca wiezie nas na Bielany. Po drodze mijamy kilka teamów, niektóre są już spory kawałek od lini startu.

Bielany.. Rozkładamy się na ławeczce i czekamy. Z nami jeszcze 2 teamy, kolejne także się pojawiają ale jadą w kierunku Niemiec. My wybieramy Czechy.

Kilka machnięć ręką i oto jest nasz czerwony rydwan. Jedziemy ze starszym małżeństwem do Kudowy. Zaproponowali, że zawiozą nas do samej granicy. Podróż nie należy do najszybszych ale dzięki temu omijamy najgorsze korki a i światło cześciej zielone :) 

Kudowa, przejście. Razem z nami 3-4 teamy. Jest ciężko.. Posucha straszliwa.. Nawet skoki i akrobacje nie pomagają. Dorotka rozmawia z kierowcami i natafia na Koreańczyków, którzy po lunchu zabierają nas do Pragi. Nie mogą uwierzyć, że coś takiego robimy. Pytają o szczegóły: kto, co, jak, gdzie i dlaczego. Ach ta ich dokładność. W Pradze zaczynamy krążyć po jej ulicach. Nasi kierowcy chcąc nam pomóc niechcący wjechali za daleko. Jednak postawili sobie za punkt honoru by odstawić nas w odpowiednie miejsce. W końcu się udaje. Mimo tego zamieszania zachowują zimną krew i się uśmiechają. Jeszcze zdjęcie, dostajemy wizytówkę i w drogę. 

Praga to tabliczka ze znakiem słynnego M :) Może pora niedobra a może to wina miejsca ale decydujemy się dreptać kawałek piechotą. Pytanie do stojącej na poboczu kierownicy: gdzie tu można dobrze łapać stopa kończy się odpowiedzią: wszędzie :)

No to łapiemy. Po chwili się udaje. Kierowcą jest bardzo inteligentny i miły pan. Jedzie do Benesova. Rozmowa o zabytkach i atrakcjach Czech skraca podróż. Papap i wysiadamy. Robimy sobie postój na stacji benzynowej. Czas na bułę i Red Bulla. Mija nas quad, który oczywiście staję się na chwilkę naszym środkiem transportu. Sesja i zieramy się. Nieoczekiwanie zatrzymuje się rydwan marki Ford. W nim kierowca bardzo oryginalny. Zabiera nas do Ceskich Budejovic. Rydwan sunie niczym sanie po śniegu. Z głośników płyną ciężkie brzmienia a on nic nie mówi :) Nigdy nie miałam tak dobrego kierowcy :) Kolejne km pokonujemy błyskawicznie. Stop. Wysiadamy i kolejna tabliczka - LINZ.

Kto powiedział, że łapanie stopa jest nudne. Dawno się nie ubawiłam tak jak w CB. Pojawiła się nawet flaga Portugalii i symbol stacji benzynowej na kartonie.

Po raz pierwszy podczas ASR przydaje się mój niemiecki. Jedziemy z opalonym panem pod Linz. Rozmawiamy o kryzysie gospodarczym i o tym jakie to euro jest złe. Dostajemy jakieś napoje a' la "obudź się" i zatrzymujemy się na parkingu przy barze. Nasz dobroczyńca stawia nam herbatę i stwierdza, że jeśli poczekamy godzinkę to zabierze nas dalej.

Jednak wiadomo, że czas to pieniądz.. Po herbatce wychodzimy przed bar i łapka w powietrze. Udaje się niemal od razu. Zatrzymuje się przemiły starszy pan, który jak się okaże zabierze nas do Salzburga. Zaczynam przypominać sobie germańskie słówka. Idzie już lepiej a i rozmowa bardziej interesująca. Dowiadujemy się ciekawych rzeczy i mijanych miejscowościach i zwiedzamy Austrię nocą :) Łapie nas porządna ulewa. Jak to dobrze, że siedzimy w ciepłym autku :)

Salzburg.. Noc. Stacja benzynowa.

Rozkładamy tymczasowy obóz i czekamy. I czekamy. I czekamy.. I co? Spotykamy austriackiego Cejrowskiego. Młoda parka zgadza się nas powieźć w kierunku południowym .Jest ciasno ale wygodnie. Bardzo im się podoba to co robimy :)

2 maj

Wysiadamy na jakiejś stacji po środku niczego. Miejsce to staje się przystankiem na kolejne godziny.. W końcu decydujemy się położyć na 2 godzinki. Rozkładamy za jakimś żywopłotem karimaty, wskakujemy w śpiworki i odlatujemy.

Chyba dzwonił budzik.. Nie wiem właściwie czy zadzwonił.. Budzi mnie Dorotka. Mam ochotę rzucić w nią butem :) Mamoo.... Jeszcze 5 minut..

Wraca świadomość tego gdzie jestem i co robie. Szybka decyzja i wstajemy. Wyglądnęłam zza żywopłotu i...

AAAAaaaaaaaaaaaa! Tyle wydarło się z moich ust.. No bo co tu dodać.. Zobaczyłam Alpy.. ale nie byle jakie.. Te wspaniałe Alpy obsypane śniegiem. Momentalnie przeszedł nas dreszcz..

Idziemy w kierunku autostrady. Zatrzymuje się samochodzik a my wsiadamy.. Jak się okazało była to ogromna pomyłka.. Wysiadłyśmy w wiosce zwanej Gmund.. Po polsku powinno to brzmieć: Czarna dziura.

Gmund to dziura. Okolica ładna ale i tak dziura. Jest niedziela rano.. Ruch marny a jak coś jedzie to i tak się nie zatrzymuje. Decyzja jest prosta. Idziemy w kierunku autostrady. Tam spotykamy niestety stróży prawa.. (teoretycznie). Nie chcą nam pomóc. Wracamy do Gmund... I oto zatrzymuje się machina a w niej Matias (pisane ze słuchu :))  którego nigdy nie zapomnę. W samochodzie okazuje się, że nie mamy mapy. O dziwo jest nam z tego powodu bardzo wesoło. Kierowcy też :) Pod Villach wysiadamy. I zamieniamy samochód na czerwoną karocę ( kierowca traktora niestety nie miał miejsca) z kietowcą, który udaje, że zna angielski.. Ale było wesoło..

Jestesmy w Villach. Niestety nie ma czasu na oglądanie skoczni. (buu!). Sesja na wale i zmiana tabliczek. W końcu piszemy, że jedziemy na wesele. Austraicy nie mają serc.. W większości przypadków. To kolejny martwy punkt. Po dłuższym czasie udaje się coś zatrzymać. Jakaś półciężarówka. Niestety w trakcie jazdy okazuje się, że kierowca jedzie nie do Włoch! Udaje nam się wysiąść na stacji i zaczynamy pytać kierowców.

I oto jest. Kolorem jego róż.. Mało nie zasłabłam od ilości i nasycenia tej barwy. Nie do końća nas rozumie ale zgadza się nas zabrać. Okazuje się, że jedzie do Hiszpanii do siostry. Postać to bardzo specyficzna, a nasze paznokcie przy jego wyglądają tragicznie. Jego mapa jest w opłakanym stanie ale jeszcze spełnia swoje zadanie. Papieros za papierosem, telefon za telefonem. Utrudniają tylko tunele, których jest więcej i więcej. Jedziemy bardzo szybko a w uszach dudni muzyka.. Ale niech mu będzie, w końcu to jego samochód :) Pyta nas o wydażenia w PL. Zaczyna nam tłumaczyć, że w katastrofie w Smoleńsku maczali palce Rosjanie :)

Kończy się odcinek Villach - Padova. Nasz "różowy" kierowca zapisuje nam na karteczce po włosku pytania " czy macie dla nas miejsce w samochodzie. Jedziemy do Rimini" czy coś w tym stylu. Przydaje się także kartka z pakietu. Ludzie się uśmiechają na widok zdania: nie jesteśmy włóczęgami.

Padovę zapamiętam jako miasto pene zabytkowych aut - trafiłyśmy akurat na ich wyścig. Mijają 3h łapania stopa na rondzie.. Nie jest to miłe. Ciągle ktoś do nas krzyczy coś po włosku albo dziwnie patrzy. Jest mi źle i smutno. Czuję żal do tych ludzi. Zdesperowane przekraczamy bramki na autostradę i już po chwili zatrzymuje się TIR. Wysiada Lucas - kierowca, którego będe wspominała najmilej z całego ASR 2010. Lucas jest Hiszpanem i to takim prawdziwym. jest strasznie dumny ze swojego pochodzenia - chciała bym aby Polacy tez tacy byli..

Podróż mija nam na rozmowie mimo, że z hiszpańskim u nas słabo. Dorota zna kilka zwrotów ja bazuję jedynie na skojarzeniach ze znanymi mi słowami. Pomagamy sobie rebusami - w rysowaniu jestem lepsza :)

Przed Imolą Lucas zabiera nas do magazynu Lidla. Tu robimy sobie krótki postój i sesję z wózkiem widłowym :) Najlepsze były ściany Nutelli... Hmm kiedy ja ostatnio coś jadłam?!

Jedziemy na service za Imolą. Żegnamy się z Hiszpanem i spotykamy kilka teamów. Jeden z nich spotkamy jeszcze wiele razy :)

Stacja duża. Pracownicy widząc nasze starania zaczynają się interesować naszą historią i kartką z tłumaczeniami. Nie uwierzycie ale sami zagadują kierowców i tłumaczą im o co chodzi. Dzięki nim spotykamy Ukrainkę od kilku lat mieszkającą we Włoszech. I to nie byle gdzie ale w RIMINI!

Zgadza się nas zabrać. Po drodze rozmawiamy o jej pochodzeniu. jak się znalazła we Włoszech. Rozmawiamy tez o Polsce. W tle ukraińska muzyka. Nie zapomnę jej determinacji. Tylko dzięki jej dobrym chęciom trafiłyśmy na Camping Paradiso.

O godzinie 22 jej mała czerwona maszynka zatrzymuje się pod bramą i oto jesteśmy. Cieszy się tak bardzo jak i my. Jeszcze podziękowania, jeszcze uściski i biegniemy na metę.

Po 36h i 50 min team nr 72 dojechał na miejsce. Ufff...

Co zapamiętam z tego wyjazdu?

Wszystkich kierowców, dziurę zwaną Gmund, rzepak pod salonem Porsche w Padovie, piosenkę U2 i nocleg w alpach pod gołym niebem :) No i oczywiście powitanie na Mecie i okrzyki na znak, ze dojechały kolejne teamy

Co było później? Zwiedzałyśmy, jeździłyśmy stopem po Cattolice, Riccione. Zaliczyłyśmy kąpiel w miejskiej fontannie i plażowanie. W drodze powrotnej spotkałyśmy wiele miłych osób. Zwiedziłyśmy San Marino i mokłyśmy w deszczu. Ukraińscy kierowcy urządzili pościg za polskim autem tylko po to by jego właściciele pochodzący z Pacanowa nas zabrali w kierunku domu.

Wiecie co? Długo można by pisac i opowiadać ale żeby to zrozumieć i przeżyć trzeba jechać samemu. Kolejny ASR już za rok. Czekamy na ogłoszenie miejsca. No i zbieramy siły!

pozdrawiam

Gracja

 

PS: Reszta zdjęć na www.picasaweb.google.com/gracjabober/ASR2010#

Podoba mi się!
4 osobom się podobało
min min min min min