Wyszukaj Ofertę
Wybrane Atrakcje
Wrocław - miasto spotkań
Spotkajmy się we Wrocławiu
Relacja What is this 'hitchiking thing' ?
What is this 'hitchiking thing' ?
1400 km w 36 godzin, choć nie brzmi tak dumnie jak tytuł powieści Verne, wyczynem jest !!
(nie polecam jednak dzielenia przez siebie tej liczby dla uzyskania prędkości średniej, bowiem imponująca nie jest - dobry kolarz wyprzedziłby nas...)
Zastopujemy Italię! Łuuu huuu!
5.30 rano, sobota 1 maja. O tej godzinie większość przyzwoitych ludzi jest pogrążona w głębokim śnie. Przeraźliwy odgłos dźwięku budzika atakuje moje uszy. Nieprzytomnie próbuję wygramolić się z łóżka. Za oknem – deszcz.
Dwie godziny później stoimy z Kasią na starcie AUTO STOP Race, już bardziej przytomne, przyodziane w błękitne koszulki z logo wyprawy razem z dwoma setkami innych teamów. Ja z moim małym plecakiem – naprawdę małym, wrażenie małości psuje tylko stercząca wielgachnie karimata. Plecak mieści wszystko co powinien pomieścić, czyli namiot, śpiwór, kuchenkę, chińszczyznę, konserwiznę, ciuchy do pokazania się i do-nie-przemoknięcia. I prostownicę, narzędzie, którym będę wojować ze swoimi włosami po przybyciu do słonecznych Włoch.
I Kasia z jej wielkim plecakiem mieszczącym niewiadomo co. To niewiadomo co Kasi było nieustannie jak się potem okazało przepakowywane i przemieszczane z jednego zakątka jej plecaka do innego niewiadomo w jakim celu. Kasia obruszała się na moje złośliwe uwagi w tej materii wytykając mi zabranie jej zdaniem niepotrzebnej prostownicy i pokazując wymownie na bagaże innych osób. Dałam więc spokój i obserwowałam bez słowa jak na każdej kolejnej stacji benzynowej dochodziło do kolejnego wyciągania, rozpakowywania, składania, szeleszczenia, upychania i zapinania, które trwało przynajmniej kwadrans.
Ale pomijając już ten drażliwy temat.. Jak doszło do tego że dwie dziewczyny zdecydowały się wziąć udział w autostopowej przygodzie przez ćwierć Europy?
Było tak, że… Rok temu wystartowałam w stopowym wyścigu do Chorwacji. Wróciłam niesamowicie zmęczona, brudna i na dodatek zarażona bakcylem autostopu.
W tym roku niewyleczony bakcyl dał o sobie znać i już w kwietniu przezornie skompletowałam cały ekwipunek, namówiłam Kasię, dobra dusze, która pamięta jeszcze czasy siedzenia razem w szkolnej ławce do współtworzenia ze mną teamu, który wystartuje stopem do Włoch. Przyznam, że ta dobra dusza do końca nie wiedziała co ją czeka. Ja w porywie entuzjazmu opisałam jej autostop jako przygodę życia, potem zreflektowałam się jednak moją zupełnie nieobiektywną argumentacją i poświęciłam parę ładnych godzin na zniechęcenie Kasi i obrzydzenie jej tego pomysłu w każdy możliwy sposób.
Niestety w Kasi także odezwała się żyłka awanturnicza i od pomysłu nie dało się jej odwieść, wyłączając chwile wahania tuż przed samym wyjazdem. Jednak wtedy ja nie zamierzałam zmieniać naszych planów majówkowch i ostatecznie Kasia przybyła do mnie z średnio dużym plecakiem dzień przed wyjazdem.
No ale skończyłam na tym że stałyśmy z Kasią na starcie. Więc wystartowaliśmy, bo co innego mogliśmy zrobić. Cztery setki szalonych ludzi- a przynajmniej na takich wyglądali- przebranych, nieprzebranych w niebieskie koszulki,przebranych za supermanów, jeszcze suchych i w miarę wypoczętych przegalopowało w stronę strategicznego punktu jakim był przystanek autobusowy.
Team 139 czyli ja plus Kasia statecznym truchtem – galop był niemożliwy z powodu wagi mojego naprawdę małego plecaka, który jakkolwiek mały okazał się cholernie ciężki - przytoczył się na rondo Powstańców Śląskich.
Z tegoż ronda przemieściłyśmy się w okolice mojego domu gdzie dzielnie oparłyśmy się pokusie wejścia na kawę... I wreszcie udało nam się złapać stopa do drugiego strategicznego punktu, czyli Bielan. Żegnały nas przepełnione żalem spojrzenia konkurencyjnej pary, która jeszcze nie złapała swojej ‘’okazji’’.
Z Bielan na ‘komandosa’ pokonałyśmy autostradę by znaleźć się na stacji Orlen mieszczącej się zaraz przy wyjeździe w kierunku niemieckiej granicy .
Tam z ulgą zrzuciłam plecak i zaczęłam radośnie machać rękami tudzież mapą bądź kartkami z nazwami docelowymi miejscowości przez które chciałyśmy pojechać.
Niestety oprócz mnie kilkanaście a nawet kilkadziesiąt innych osób machało tym samym ośmielając się wręcz blokować wjazd na autostradę nie mówiąc już o atakowaniu każdego podjeżdżającego zatankować auta. Niektórzy kierowcy na ten widok dawali klasycznego dyla. Po dwóch godzinach w czasie których udało się nam odjechać ze stacji kawałek, wrócić z powrotem, zjeść połowę kanapek - właściwie to ja zjadłam połowę kanapek - i stracić radosny entuzjazm Kasia zatrzymała swojego pierwszego stopa. Bus z mega sympatyczną rodzinką dowiózł nas na stację blisko Legnicy.
Dwie godziny później wysiadłyśmy w Zgorzelcu z innego busa oznakowanego jako ‘Usługi elektryczno wentylacyjno klimatyzacyjno grzewczo okienno… no, zrobimy w zasadzie wszystko!’ Uraczone kilkoma makabrycznymi opowieściami kierowcy któremu praca w wymienionej firmie - orkiestrze serwowała wyborną dawkę adrenaliny. Raz jeden nasz kierowca zmagał z systemem chłodniczo-wentylacyjnym w towarzystwie szczątek ludzkich w kostnicy, to znowuż niemal stracił życie uwięziony w komorze chłodniczej. W przerwach pomiędzy tak traumatycznymi przeżyciami pracował dla sław z programu ‘’tańcz, jeśli umiesz’’ czy jakoś tak.
''Jedną nogą na niemieckiej granicy, czyli chcę się wydostać z Polski! ''
W Zgorzelcu czekałyśmy i czekałyśmy.. Około 16.00 dopadł mnie kryzys w wyniku czego zjadłam całą czekoladę i trzy batoniki. Albo cztery. Kasi zrobiło się niedobrze jak to zobaczyła i poszła wyhaczyć jakąś ‘’okazję’’.
I wyhaczyła niezwykle sympatycznego Floriana, który obiecał zawieźć nas aż do austriackiej granicy. Florian upchnął nas i bagaże w swoim pojemnym kombiaszcze i ruszyliśmy.
Niestety, Florian choć niezwykle sympatyczny nie przemyślał – my też nie – kwestii naszego ‘gdzie-wysiąść’. Dlatego ‘gdzie- wysiąść’ okazało się maleńką wioską przy austriackiej granicy - Garmisch-Partenkirchen. Ponieważ jednak Florian przewiózł nas przez Niemcy długie i szerokie, wybaczyłyśmy mu z Kasią jednomyślnie ten mały błąd.
Tam, w Garmisch-Partenkirchen cztery godziny czekałyśmy i czekałyśmy.. Trochę podreptałyśmy po tej narciarsko-uzdrowiskowej miejscowości. Kasia zdążyła się wypakować i przepakować, ja zdążyłam przemoknąć, obydwie zdążyłyśmy się naburmuszyć na siebie i oburmuszyć, wyżłopać ze dwie kawy w McDonaldzie i zdecydować ze zanim rozbijemy namiot na trawniku obok kanapkodajni pójdziemy jeszcze na małe polowanie. Miałyśmy też plan zanocować w starej zabytkowej lokomotywie, ale drzwi za nic nie chciały się otworzyć..
''Obiema nogami w Austrii..''
I udało nam się upolować żołnierza który przewiózł nas 20 kilometrów do jeszcze większej dziury. Jazda z nim dostarczyła Kasi adrenaliny (wcześniej narzekała na jej brak) wprawdzie nie takiej jak chciała, ale zawsze. Mknęliśmy w deszczu i mgle krętą szosą w zupełnych ciemnościach, a za każdym zakrętem czaiła się przepaść. To znaczy nie jestem tego pewna czy za każdym, ale moja wyobraźnia mówi mi, że tak . Starałam się rozmawiać z naszym wojakiem, ale byłam do tego stopnia przerażona że zesztywniałam w fotelu. Z tego strachu nie zapięłam nawet pasów. Kasia była natomiast tak przerażona że zanikły jej możliwości werbalne. Ale ruchowe nie i podała mi pasy, żeby ocalić moje życie!
Wysiadłyśmy wreszcie z auta.. uff.. i okazało się że głucho wszędzie, ciemno wszędzie, i mglisto też. W miejscu w którym się znalazłyśmy żywa dusza nie jeździła ani nie chodziła. Uznałyśmy więc miejsce za wymarłe, poczułyśmy się kompletnie bezkarnie i bezczelnie rozłożyłyśmy się z karimatami i śpiworami obok dystrybutora na stacji benzynowej. No, nie TUŻ OBOK dystrubutora, żeby nam nie śmierdziało benzyną, tylko dalej.
Blisko 2.00 w nocy podjechał na stację samochód. Kątem zaspanego oka zobaczyłam że Kasia wstaje i próbuje się wyplątać ze śpiwora, niewątpliwie by zapytać się o podwózkę. To tak przeraziło kierowcę, że z piskiem opon odjechał gdzie pieprz rośnie.
I śpimy. Właściwie ja śpię, bo zasypiam w każdych warunkach, Kasia nie śpi tylko szczęka zębami.
O 6 rano budzi mnie niepewne ’Guten Morgen’ kobietki otwierającej stację benzynową.
Ledwo ogarniamy się trochę, zdarza się rzecz niesamowita – w niedzielę, o 6.00, przez wioskę jedzie auto. Wybiegam, macham, podskakuję i auto się zatrzymuje. Przemiły Austriak podwozi nas do cywilizacji- Insbrucku. Powodem jego niedzielnej eskapady jest flomarkt, czyli pchli targ, na którym można sprzedać i kupić zupełnie niepotrzebne rzeczy za grosze. Rozmawiam z nim jako entuzjastka flomarków, na których zwykle kiedyś udawało mi się dorwać tanie ciuchy, lub inne tanie niepotrzebne mi przedmioty.
''Powrót do gry''
W Insbrucku spotykamy kilka teamów. O zwycięstwie nie ma juz mowy, teraz zwycięstwem staje się dojechanie do Rimini.
Wypisuje nam się mazak, więc Kasia tworzy napis Verona z taśmy izolacyjnej, która okazuje się się niezastąpiona w każdej sytuacji. Ja w międzyczasie dreptam po parkingu. Juz z daleka dostrzegam ''polskie blachy'' więc czaję się w oczekiwaniu na to, aż kierowca wysiądzie. Kiedy otwiera drzwi, materializuję się przed autem i witam go promiennym uśmiechem okraszonym polskim powitaniem. Zaczynam z nim rozmawiać i widzę że nie byłam jedyną autostopowiczką która postanowiła go upolować, bowiem nadciągają delegacje z dwóch innych teamów. Jest małe spięcie pomiędzy mną a delegacjami, ale nasz kierowca wspaniałomyślnie zgadza się zabrać cztery osoby.
I zasuwamy aż do Verony. Nasz kierowca jest biznesmanem i opowiada nam o swoich interesach. W międzyczasie przepowiada pogodę jak i nasze dalsze autostopowe losy. Przepowiednie dotyczące dobrej pogody i naszego niewydostania się z Verony okazują się błędne, bo pada, a nam w końcu udaje się złapać kolejnego stopa.
''U kresu''
Do Bolonii mimo zwątpienia Kasi dojeżdżamy najpierw z jednym, a potem drugim Włochem, którzy primo, sami proponują nam podwózkę - szok, czy rzeczywiście wyglądamy już na takie Wagabundki, czyli włóczęgi? i segundo, nie znają angielskiego. To wyzwanie dla nas, szybko wertujemy rozmówki włoskie i posługując się żywą gestykulacja wyjaśniamy gdzie chcemy się dostać, czyli do Bolonii.
Dość szybko łapiemy stopa i ostatecznie dojeżdżamy do Rimini wieczorową porą przy dźwiękach rumuńskiej skocznej muzyki w upchnięte w malutkim fiaciku. Kierowca fiacika, nieustannie walcząca z GPSem Rumunka zawiozła nas na dworzec kolejowy łamiąc po drodze chyba wszystkie możliwe zakazy i nakazy. Na dworcu stwierdziłyśmy, że te kilka kilometrów do campingu pokonamy już pociągiem,a co!!
Gdy dojechałyśmy do Catoliccy, miasteczka za Rimini, okazało się ze do campingu jeszcze dłuuuuga droga, a co gorsza pod górę. Tak nam powiedzieli panowie taksówkarze, odmalowując przed nami trudną i długą trasę, nie do pokonania pieszo. Nie skusiłyśmy się jednak na ich promocyjna, (chociaż było nas już trzy, a nie dwie autorejsowiczki - po drodze dołączyła na ostatni odcinek Ania) cenę kursu i ruszyłysmy piechota, machając od czasu do czasu na przejeżdżające auta. No i wymachałyśmy sobie przyczepo-furgonetkę, która wiozła już grupkę ''naszych''.
Potężną furgonetko-przyczepę czy cokolwiek to było, prowadził zwariowany Portugalczyk, który po wwiezieniu nas do mety wyszarpał kilka kartonów szalików i rozpoczął handel z nami- Polakami. A ponieważ wszystko po 4 złote więc kartony zaraz zostały oblężone przez tłum ludzi. Ja też nabyłam dwa meksykansko czeskie szaliki, które służyły mi za poduszkę podczas spania pod namiotem.
A potem to już było jak na każdym studenckim wypadzie pod namioty, czyli imprezy, morze, słońce i wiele innych.. tym podobnych.
I powrót do Polski, o którym możnaby jeszcze pisać i pisać. Kasia proponuje napisać książkę. Bo powrót, jakkolwiek zajął nam, bagatela, 24 godziny, do nudnych nie należał.
I czekamy na kolejny Auto Stop Race!! Ktoś ma propozycję co do koloru koszulek?
Magdalena i Kasia, team 139

