Walizeczka.pl portal turystyczny

Wyszukaj Ofertę

Kategoria
Podkategoria
Region
Położenie
Wybierz kategorię aby wyświetlić więcej opcji
Szukaj

Aktualności i konkursy

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Zapraszamy Państwa nad morze! Ruszyła...

2010-09-21 12:09:00
Rozwiązanie konkursu ASR

Rozwiązanie konkursu ASR

Witamy W konkursie na relację sponsorowanym...

2010-06-21 16:48:00

Wybrane Atrakcje

Wrocław - miasto spotkań

Wrocław - miasto spotkań

Spotkajmy się we Wrocławiu

Relacja Team 200

Dodał: Krystian, data: 2010-05-10 13:59:15


Team 200

Jestem Krystian z teamu 200, kto poznał ten wie! :-) Relacja miała być i dłuższa i ciekawsza i pisana wcześniej i poprawiona. Mimo wszystko - miłej lekturki ;-)

Z racji iż zdjęcia zamieszczane na portalu musiałyby być zmniejszone, a na to już nie starczyło mi czasu, podaję link do wszystkich zdjęć:

http://picasaweb.google.com/KrystianMunia/Team200

Przygotowań długo nie było, jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę, zapisy 25 kwietnia, później szukanie towarzyszki podróży, która na szczęście się znalazła. 30 kwietnia...ale hola hola - tu miało być o wyścigu. Zatem pakowanie rzeczy w plecaczek szkolny w dniu wyjazdu: kilka ubrań, śpiworek, płaszcz przeciwdeszczowy, kartki papieru, marker, scyzoryk, latarka, chleb i kilka pasztetów z Reala po 69gr za sztukę. Brat podwiózł pod UE, gdzie sprawdzając pakunek uświadomiłem sobie brak funduszy na wyjazd, zostały One prędko dowiezione.

Zatem ruszamy..."6, 5, 4, auto, stop, race!" i wystartowali główną bramą! Lecz my głupi nie byli, w tył zwrot i na tyły za - o ile mnie pamięć nie myli - supermenami. Skok przez ogrodzenie i są na Ślężnej tuż przed światłami, które zmieniają swój kolor na ten nielubiany przez kierowców, których z kolei twarze ukazują grymas strachu, bynajmniej nie przed koniecznością wciśnięcia hamulca, ile przed ludźmi w niebieskich koszulkach oblegających samochód niczym rozłoszczony rój pszczół. Wtem dostrzegam samochód z uchyloną szybą, podbiegam, staram się zamieścić wszystkie myśli w jedno zdanie. Słychać tylko: "Auto Stop Race, studenci, Włochy, Rimini, proszę". Kierowca nerwowo rozgląda się po okolicy. "Tyko ja i koleżanka" - dodaję. "wskakujcie" - pada zbawienna odpowiedź. I jedziemy szczęścili na Bielany. W myślach padają słowa: "super, będziemy pierwsi". Mijamy team za teamem, mija nas samochód wypełniony ludzikami w niebieskim. Docieramy na stację Orlenu przy A-4, kierunek Niemcy, a tam...już 6 teamów.

"Byle do przodu byle do przodu" - taka myśl nam przewodzi. Łapiemy, gadamy próbujemy, ale to nie mają miejsca, to zaraz zjeżdżają z autostrady. A teamy przybywają w większej ilości. w oddali widać sznur ludzi w plecakach, trzeba się stąd wydostać, bo utkniemy na dobre. I w końcu pada odpowiedź: "Możemy Was podwieźć kawałek, do zjazdu na <miasto którego w mej głowie już nie ma>". "Ok, byle dalej". Jedziemy pojazdem terenowym przed siebie. Uprzejme małżeństwo, rozmowa jak rozmowa, która potoczy się jeszcze z następnymi kierowcami "skąd, dokąd, dlaczego, kto my, czym się zajmujemy, gdzie Oni, skąd Oni, co robią", dodając do każdej następnej rozmowy historie, które już przebyliśmy. Zatem jedziemy i rozmawiamy i się cieszymy, grunt to optymizm. Kobieta siedząca obok kierowca wpada na pomysł "A może zapytamy przez CB?". Jest rozmowa, jest odpowiedź, mają miejsce, jadą za granicę. Pada z naszego samochodu pytanie: "Zabierzecie?" i cisza....czekamy...czekamy..."Ponawiamy pytanie i słychać odpowiedź "Jasne, gdzie się zatrzymać?".

Przerzucenie towaru składającego się ze studenta i studentki przebiegło w miarę szybko i sprawnie. Wyruszyliśmy przed siebie. Młoda rodzinka z 7 letnią Zosią, która wielce uradowana mając kompanów do zabawy. Rodzina wybiera się do Niemieckiego Island. Zosia namawia abyśmy jechali z nimi. Chcemy, ale nie możemy. Jedziemy i jedziemy, rozmawiamy, opowiadamy - żadna nowość. Zapytania przez CB nie otrzymują odzewu. Przepytujemy ludzi na parkingach z brakiem rezultatu. I tak oto dojeżdżamy pod Cottbus

Stajemy na parkingu - rodzinka Koreańców ładną, nową Audicą. Jadą do Drezden - lucky us. Niestety nie mówią po Angielsku, my średnio po niemiecku, a Oni sami nie wiedzą czy mówią po Niemiecku, czy tylko tam mieszkają, nie mają ponadto ochoty na rozmowę. Ale nas podwożą i jesteśmy im wdzięczni ;-) Kolejny odcinek przebiega bezproblemowo.

Wysiadamy pod MCDonaldzie. Zjechali dla nas z Autostrady - o ile dobrze ich zrozumieliśmy. Czas zjeść bułkę, stworzyć napis "Mun" i wyruszyć dalej. Są dwa wjazdu na autostradę, zatem się rozdzieliliśmy. 15 minut stania i zatrzymuje się niemiecka rodzinka. Wołam Marlenę - gdyż tak nazywała się moja kompanka. I jedziemy przed siebie. Rozmawiamy po Niemiecku - staramy się, a czego nie wiemy to po angielsku. Dobrze się dogadujemy. Starsze Niemieckie małżeństwo jedzie odwiedzić rodziców - więc aż takie starsze nie jest. Jesteśmy po Chemnitz, zjeżdżamy z autostrady, dziękujemy. Słyszymy słowa powodzenia, życzymy udanego weekendu. W oddali widać niebieski team. Kilka takich teamów minęliśmy po drodze.

Stajemy przy wjeździe na autostradę. Karteczka z napisem "Hof" dzielnie ukazuje kierowcom swe oblicze. Mija nas samochód z machającymi w środku dzielnymi studentami. "Agrh" - nie możemy tak stać. Stajemy na łuku. Kierowcy choćby chcieli, nie mieliby się gdzie zatrzymać. Wymyślam taktykę: "do 10", polegającą na liczeniu mijających nas i nie zatrzymujących się kierowców, a po osiągnięciu danej cyfry zmieniamy miejsce łapania. Taktyka pokrzepiająca. Liczymy: "1, 2, 3, 4 ,5 ,6..." i zatrzymuje się zdezelowany WV Golf II z młodym studentem w środku. Grunt że jedziemy. Licznik nie działa. Pada deszcz. Student jakby deszczu nie widział. Samochód na zakrętach nie do końca czuje się pewnie, jednak kierowca zna się na rzeczy - w końcu jest na 1 roku politechniki i co weekend przemierza tą trasę. Pewny że dojedziemy do Hofu - tak zrozumiałem przebieg naszej rozmowy - dziwię się zjazdem z Autostrady. Oto koniec wspólnej jazdy. Dziękujemy, wysiadamy...

W okolicy jakby pusto. Niby są światła, niby jakieś supermarkety, ale ruch jakby niewielki. Jest czas coś przekąsić. Taktyka "na 10" trwa dłużej niż zwykle i nie przynosi rezultatu. Przechodzimy bliżej wjazdu na autostradę, tu za znajdującymi się światłami. Zatrzymuje się czerwony transporter-wybawiciel z uprzejmym Niemieckim kierowcą w środku. Jedziemy do przodu, wprawdzie nie do Hofu, ale jak mniemamy na jakiś parking wielki z restauracją i hotelem, gdzie na pewno coś złapiemy. Nic bardziej mylnego. Opowiadał jak to był w Polsce dwa razy i to będą jego dwa ostatnie razy, bo mu się tam samochodu na polskich drogach popsuły - rozumiem go dokładnie. Ale dla Polaków uprzejmy, choć z rozmowy rozumiem co 3 słowo i nie jestem w stanie złożyć tego do kupy. Zjeżdżamy po kilku dziesiątkach kilometrów z autostrady. Dziękujemy, wychodzimy - czynność taka jak codzienne wstawanie i ubieranie. Jesteśmy dalej...

...na bezludziu, gdzie po 10 minutach taktyka "na 10" nawet nie zaczęła działać. Zaczyna padać. "Nie możemy stać" - mówię na głos i udaję się bezpośredni na autostradę. Ledwo stanąłem, minęło mnie kilka samochodów pędzących z zabójczą prędkością, wtem słychać i widać Peugeota 206 gwałtownie hamującego. Stanął z 50metrów za nami. Szybko zbieramy manatki i biegiem do środka. Wsiadamy i jedziemy. Kierowcą jest Niemiec Włoskiego pochodzenia, albo Włoch mieszkający w Niemczech, lubiący muzykę elektro i chodzący na kilkudniowe takie imprezy. Bardzo przyjemnie się rozmawia o wielu różnych rzeczach, dodając oczywiście podstawowe tematy. Jedziemy, pada deszcz. Trochę zmęczeni. Po 3h snu nocy poprzedniej zaczynam odczuwać senność. Dojeżdżamy do Hofu, kierowca nadrabia kilka kilometrów, aby zostawić nas na parkingu autostradowym. Wysiadamy.

Spotykamy tam jeden z teamów. Dojechali tutaj 3 środkami transportu...dlaczego my potrzebowaliśmy ich aż 8? Ale w takim razie nie jest źle, trzymamy się dobrze. Zajeżdża samochód z teamem w środku, zabierają team który był na parkingu,. Robimy jedzonko. Zajeżdża mini dom na kółkach. Podbiegam, szybka rozmowa, tłumaczę co skąd po co i dlaczego, , pytam o pomoc "of course" - pada odpowiedź. Prędko jemy bułki z konserwą turystyczną, obawiając się o późniejszy aromat wnętrza pojazdu. Wsiadamy i jedziemy. Moja rozmowa z kierowcą po angielsku okazuje się bardzo udana - nagle, dziwnym cudem, jestem na poziomie upper-intermediate. Dojeżdżamy do opisywanego nam przez kierowcę czerwonego Transportera parkingu wraz ze stacją i restauracją, a tam...

...ukazują się naszym oczom biegający bez ładu i składu, niczym rozłoszczone mrówki uczestnicy auto stop race'u. Do dzieła. Rozejrzeć się po okolicy, rozeznać w terenie. jedni stoją na wjeździe z tabliczkami, drudzy łapią na stacji z zapytaniami, trzeci pytają po parkingach, czwarci łapią na wyjeździe. Jeżeli jakiś kierowca przejechałby nie zapytany przez nikogo, wręczyłbym mu medal. Stajemy na stacji, jemy kanapeczkę. Pytamy, łapiemy, na luzie, na spokojnie. niektóre teamy są już rozzłoszczone. Za wszelką cenę chcą się stąd wydostać. Po godzinie i my mamy ochotę się stąd wydostać. Podjeżdża samochód, staje przed stacją. Wychodzi kierowca-mężczyzna i pasażerka-kobieta. Obchodzą samochód tyłem, w miejscu spotkania przybijają sobie "piątkę". patrzę na Marlenę, uśmiechamy się, tak to jest to. Podbiegam, tłumaczę po angielsku skąd i po co. Chyba widzą powagę sytuacji w moich oczach. Podwiozą nas, super. Wsiadamy i jedziemy. Mężczyzna pochodzenia tureckiego, obecnie weterynarz w Monachium. Daje mi swoją wizytówkę, wypisując na Niej swój numer telefonu. Mówi(w przetłumaczeniu): "Jeśli mielibyście problemy z wydostaniem się z Monachium, zadzwońcie, ja po Was przyjadę i przenocujecie się z moim mieszkaniu". Później, jak się okazało rozważaliśmy ową propozycję na poważnie. Oni jadą do centrum, wysadzą nas przed miastem na parkingu. Może być. Dojeżdżamy, wysiadamy.

Jest już ciemno, znowu pada deszcz. Jemy, czekamy. Nikt nie przyjeżdża, parking jak zabity. Poszedłem łapać na autostradzie. Nie widzę sam siebie - jak mają mnie widzieć kierowcy? Wracam. Zajeżdżają camperem Włosi. Zjechali, bo nie działają im wycieraczki i nic nie widzą. Wysiada ich ze środka pokaźna sumka. Proponują nam dzisiaj imprezę w Monachium, a jutro wyjazd do Włoch. Sami faceci, boję się o Marlenę. Odmawiam. Szykują się do wyjścia, jeden Włoch przychodzi i wręcza nam: 2x but wody niegazowanej, 2x ciastko, 2x krakersy. Czujemy się jak włóczędzy, choć kartka którą posiadam w kieszeni zapewnia mnie o czymś innym. Minęła godzina Wtem zajeżdża mini-busik z niemiecką rodzinką. Teraz to już na pewno starsze małżeństwo. Obiecują podrzucić pod same Monachium. Siadam z tyłu na sofie. Przed sofą dywan, . Po bokach wiszą różne ozdóbki. Czuję się jakbym wszedł komuś do domu. Mężczyzna siada w pobliżu i opowiada płynnym niemieckim. Rozumiem, że gra na instrumencie w pubach i ma dobrze go znającą publikę. Cieszę się, że jest zadowolony. Opowiada i opowiada oczekując tylko potwierdzenia, zatem co jakiś czas pada z mych ust słowo "ja". I tak jedziemy. Decydują, że nie mogą nas wyrzucić, bo nie mają się gdzie zatrzymać, zatem pojadą obwodnicą i przy wylocie wrzucą nas na stacji. Dojeżdżamy, wielce dziękujemy. Otwieramy drzwi i słyszymy z oddali: "Uciekajcie! Ta stacja jest przeklęta!"

Witamy się z najpokaźniejszą ilością teamów jakie spotkaliśmy do tej pory - wyłączając linię startu. Są i supermani - siedzą tu już od 17. Jest 21. Rozmawiamy, żartujemy. jest sympatycznie. Po godzinie rozważamy telefon do weterynarza, rezygnujemy z pomysłu. Co jakiś czas dojeżdża nowy team, nikt nie wyjeżdża. Rozkładamy śpiwory i siedzimy. Jest zimno. Supermani przebrali się w stroje cywilne. Zajeżdża policja, czyżby chcieli się czepiać? Nie, wysiadają nasi. Po kilku godzinach coś się rusza. Chodzą pogłoski, że ktoś pojechał. Zwiedzam stacje i okolice. Ponoć odjechał inny team. Sam dostrzegam zabierający się i odjeżdżający team. o 1 męski team złapał kierowcę, jedzie sam. Może ma jeszcze miejsce? Pytamy - w bagażniku niewiele go zostało. Jednak mamy z Marleną atut - niewielkie plecaki. Mówię mu o tym, działa. Wyjeżdżamy - pełni radości. I jedziemy, kierowca nakłada drogi, abyśmy mieli prostą drogę na Włochy. Zajeżdżamy. Chłopaki pełni nadziei, że będziemy jedynym teamem - nic mylnego. Wysiadamy, siedzą przed stacją 3 teamy. Jednak tutaj jest na czym siedzieć. z 4 teamy śpią w środku na fotelach. Próbujemy dalej. Jest 1. Samochodów coraz mnie. Autostrada opuszczona. Czasem ktoś podjedzie, ale nie tam gdzie chcemy. Zasiadamy przy stole, rozmawiamy, żartujemy. Gramy w gry. jest wesoło. z godziny na godzinę chowamy się po śpiworach. o 4 zostaję już tylko ja i kobiecy team 80. Pijemy piwko. Idziemy spać...na 2h. Jest 6, teamy powstawały i próbują szczęścia, nikt nie jeździ, ale czuć że ruch się zwiększa. Będzie dobrze. Nagle ktoś odjeżdża. Ponoć chwilę temu też ktoś odjechał. Nadchodzi godzina 9...jesteśmy 900km od domu po 24h jazdy. Niestety czasu więcej nie mamy...na wtorek na 8 musimy być w domu. Powściągamy zgubną dla naszego wyścigu decyzję: wracamy do domu. Żegnamy się z teamami, życzymy powodzenia i idziemy na drugą stronę autostrady.

Łapiemy Łotwinów(?) i jedziemy przed siebie. Kierunek: Wiedeń. Marlena zasypia, zaraz po Niej ja. Budzę się, zasypiam. oczy same się zamykają. Jedziemy. Dojeżdżamy na parking. Kierowca pyta: "Dobrze się spało?"..."dobrze, dobrze, dziękujemy".

Jemy śniadanko, próbuję kogoś łapać. Podchodzę do Austriaków. Przebieg rozmowy mniej więcej taki: Jedziemy do Wiednia, podrzucicie? <Tłumaczy mi jak tam dojechać> Tak, wiem, ale czy nas podrzucicie? Dlaczego, co się stało? Nooo...my nie mamy samochodu. To skąd się tu wzięliście? Innym samochodem! xD Zgodzili się przewieźć nas na następny parking. Nowa Honda Civic obita w środku wszędzie jasnym, czystym i pachnącym jeszcze zamszem sprawiła że moje oczy znowu się otworzyły. siedzieliśmy skuleni jak to tylko możliwe, aby dotykać jak najmniejszej powierzchni. Jednak zmęczenie nie zostało na parkingu, tylko wsiadło wraz z nami. Mówimy sobie: "tylko nie zaśnijmy". Jednak widzę iż głowa Marleny opada. "Ok, niech się chwilę prześpi, ja będę czuwał". Odczuwam szturchnięcie łokcia,. Otwieram oczy i podnoszę głowę. "Nie śpij, słyszę". Postanawiamy na następnym parkingu chwilę się zdrzemnąć. Wysiadamy na olbrzymim parkingu ze stacją paliw w tle i restauracją. Dziękujemy.

Udajemy się na tył restauracji, ażeby zdrzemnąć się na polance. Widok niebiański. Rozkładany śpiworki, kładziemy się i zasypiamy. Po chwili - która trwała z godzinkę - budzą mnie cygani siedzący na ławce i śmiejący się z nas...co się dzieje z tym światem? Zasypiam i budzę się. Restauracja ma wielki taras, na którym zgromadziła się teraz masa jedzących ludzi. Wszyscy na nas patrzą i się śmieją...co w tym takiego zabawnego? Teraz czuję się jak prawdziwy , rodowity włóczęga. Jeszcze chwilka snu. Po 3h snu zarządzam pobudkę i kontynuację podróży. zbieramy manatki i idziemy na parking. Ludzie nas już kojarzą, toteż pokazują palcami i się śmieją, ale zabrać nas nie chcą. Po pół h prób, Marlena łapie Pana, który postanawia zawieźć nas do samego Wiednia. Jedziemy i jedziemy, mało rozmawiając - chyba nie mamy na to już siły. Przekazuję Panu adres Wiednia z dokładną ulicą akademika w którym znajduje się mój przyjaciel. Docieramy tam na 18. oczywiście przyjaciela zastać nie mogę. Znam jego znajomych. Pytam w recepcji o numery pokoi. Docieram do znajomych, zostawiamy rzeczy, bierzemy prysznic i idziemy zwiedzać miasto. o 23 jemy ciepły posiłek przyrządzony przez znajomych, wraca przyjaciel. Siedzimy do 3 i rozmawiamy. Spanie do 11, śniadanie, wyruszamy w trasę. Idziemy na metro - tak wiem, nie można z komunikacji miejskiej korzystać, ale inaczej byśmy stąd nie wyjechali, a wyścig dla nas już się zakończył. Dojechaliśmy u4 przesiadaliśmy się w u7, po czym tramwajem 30 i dojechaliśmy na obrzeża, gdzie widać było wracające do kraju Polskie samochodu. Naprędce zrobiliśmy tabliczkę "pl" i pokolorowaliśmy ją czerwoną kredką świecową znalezioną w plecaku (w końcu plecak szkolny). O 14 złapaliśmy polski samochód, który zawiózł nas pod Bielską Białą. Byliśmy już z kraju. Teraz tylko dotrzeć do Wrocławia.

Przed miastem był jakiś korek, zatem popytałem w 3 samochodach i udało mi się złapać jegomościa w BMW, który powiedział, że podrzuci nas kawałek, ale nie do Opola, bo już tam nie mieszka. Nie ma sprawy. Jazda [przyjemna, dojechaliśmy do jego mieściny, gdzie ledwo wysiedliśmy z samochodu na stacji...

...i podszedłem do wsiadającej w samochód młodej parki. Oczywiście że podrzucą nas na wylotówkę na autostradę. Wsiadamy i jedziemy. nadrabiają kilometrów aby nam pomóc- miło z ich strony. Rozmowa znowu w języku polskim, jak to miło. Dojeżdżamy, wysiadamy, dziękujemy.

Są światła, jest wjazd na autostradę, ale zarazem jest już trochę ciemno. Samochodów coraz mniej. Głupio byłoby utknąć będą c już tak niedaleko. Zauważam włącznik zielonych świateł dla pieszych, zarazem włączając kierowcom czerwone światło. korzystam z niego. zatrzymuje się młody chłopak. Pytam, czy nas na następną stację nie podrzuci. On mówi, że zaraz będzie zielone i musi jechać. Ja mówię, że za nim nikogo nie ma, a poza tym zdążymy. A on mówi, że nie...nie wiem co powiedzieć. Odwraca się ode mnie i patrzy na światła. Po minucie rzeczywiście włącza się zielone, na co on: "sorry" i pojechał. Następny samochód był już nasz. Wsiedliśmy, pojechaliśmy na kolejny zjazd z autostrady. Opowiedzieliśmy nasza historię w skrócie. Pojechali na następny zjazd niż ten, którym zwykle zjeżdżają, abyśmy mieli łatwiej. Podziękowaliśmy, wysiedliśmy.

Kilometr po kilometrze byliśmy coraz bliżej. Robimy kartkę z napisem "Wro", ale nie zdążam ją pokolorować, bo już zatrzymuje się samochód. Jedzie do Opola, ale to już bliżej Wrocławia. Wsiadamy i jedziemy. Prawdziwy życiowy i szczęśliwy człowiek po 40ce albo nawet 50ce. Nie rozmawiamy o trasie, rozmawiamy o życiu, o wszystkim właściwie. Dojeżdżamy do Opola, wysiadamy, dziękujemy.

Stajemy na wjeździe na autostradę. Jemy kabanosika, ale już nadjeżdża tir. Wystawiam kartkę z napisem WRO, gdzie "W" jest już w kolorze czerwonym, a reszta dalej białym. I słychać dźwięk hamulców. Zbieramy naprędce rzeczy, biegniemy. Wrzucam plecak na górę, wspinam się po schodach, łapię plecak, nie trzymam się i wypadam z kabiny. Marlena w śmiech, kierowca w śmiech, a ja ponawiam próbę. I już jesteśmy w środku. Jedziemy dalej. Kierowca bardzo uprzejmy. Opowiada o swoim życiu, o imprezach kierowców ciężarówek. Jedziemy bezpośrednio na bielany. Zajeżdżamy. Tradycyjnie dziękujemy, wysiadamy i życzymy powodzenia.

I oto jesteśmy tutaj o godzinie 22, po 61h, po przebyciu 1900km, po przejechaniu się 21 różnymi pojazdami. Pozdrawiam serdecznie, to byłem ja, Krystian Munia!
Załączam link naszej trasy:
http://maps.google.com/maps?f=d&source=s_d&saddr=A4/E40&daddr=A13%20to:A4%20to:A4%20to:A72%20to:A9%20to:A9%20to:Nieznana%20droga%20to:47.593199,12.183838%20to:A1%20to:A1%20to:Arsenalstr.%20to:D2%20to:Nieznana%20droga%20to:Bohater%C3%B3w%20Monte%20Cassino/E75%20to:Wojciecha%20Korfantego%20to:Pszczy%C5%84ska%20to:1%20Maja%20to:A4/E40&hl=pl&geocode=Fbb1CgMdQPMCAQ;FXT6FgMdoF7UAA;FTAmCwMdulfPAA;FSQDCAMdgkXEAA;FVz_AAMdPi23AA;Fesp8gIdlAerAA;FVjC4QIdGQexAA;FXio3AId0vixAA;;FWqW2QIddl7GAA;FSbF3wIdaCHaAA;FRY63wId7gL6AA;FWQP7gId2sL9AA;FQhg9AIdMKoGAQ;FbCf-AIdKl0iAQ;FUKJ-gIdChAhAQ;FdB1_QIdwHMgAQ;FRrV_gId3LIfAQ;FWDnCgMdKB8DAQ&mra=dme&mrcr=7,8&mrsp=8&sz=9&sll=47.232625,12.373352&sspn=1.378212,3.545837&ie=UTF8&ll=49.174522,17.050781&spn=2.653878,7.091675&z=8
 

Podoba mi się!
6 osobom się podobało
min