Walizeczka.pl portal turystyczny

Wyszukaj Ofertę

Kategoria
Podkategoria
Region
Położenie
Wybierz kategorię aby wyświetlić więcej opcji
Szukaj

Aktualności i konkursy

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Jesień Nad Morzem - ruszyła!

Zapraszamy Państwa nad morze! Ruszyła...

2010-09-21 12:09:00
Rozwiązanie konkursu ASR

Rozwiązanie konkursu ASR

Witamy W konkursie na relację sponsorowanym...

2010-06-21 16:48:00

Wybrane Atrakcje

Wrocław - miasto spotkań

Wrocław - miasto spotkań

Spotkajmy się we Wrocławiu

Relacja Team 202.

Dodał: Anonim, data: 2010-05-07 00:16:26


Team 202.

„ O dwóch takich, czyli o szczęściach w nieszczęściach”

„ Dobry Start”
Nasza przygoda zaczyna się o 2:00 w sobotę 1 maja. Wtedy właśnie przypominamy sobie, że należałoby się spakować na ASR. O 8.46, kilka sekund po oficjalnym rozpoczęciu, z nadzieją przeżycia wielkiej przygody ruszamy w kierunku ulicy Ślężnej. Po dwóch minutach lądujemy w białej renówce. Po 7 minutach jesteśmy już na Bielanach, skąd po kolejnych dwóch minutach łapiemy na stopa ciężarówkę w kierunku Katowic. Przed Katowicami chwytamy kolejną osobówkę, która dowozi nas kilkadziesiąt km w głąb Czech. Zanim jednak do Czech dojeżdżamy, musimy się zmierzyć z „technikami” PKP, którzy na 20 minut blokują nam przejazd kolejowy w okolicach Kędzierzyna-Koźla. Tylko 20 minut, gdyż nasza interwencja u „władcy szlabanów” okazuje się owocna. Zapowiada się, że będzie sukces! Tylko się zapowiada…

„Czeski Film”
Okolice 12:30 a my jakieś 200 km od Wrocławia. Nie czekamy zbyt długo, bo uprzejmy Pepiczek zabiera nas starą Skodą z Ostrawy na południe Czech. Przez całą drogę słuchamy bogatej historii pięknego narodu, z której rozumiemy tylko kilka zwrotów, m.in. . „szmateczka na paticzku” joo.. W Breclaw jesteśmy w okolicach godziny 17:00. Tu zaczyna się czeski film. Idziemy pieszo 5 km bez skutku łapiąc stopa. Zatrzymujemy się pod małym drzewkiem. Czujemy, że tutaj coś złapiemy. Ni stąd ni z owąd z oddali dostrzegamy inny team ASR. Nie chcemy ich towarzystwa, opuszczamy drzewko. Sekund parę potem, niechciany team łapie pod drzewkiem stopa- na Wiedień. Klniemy, nie tylko na drzewko ale i na wszędobylskie komary. Ciężko spotkać przy granicy Czesko-Austriacko-Słowackiej polaka. Nam się udaje. Zabiera nas, zastrzegając, że mamy kilka minut na wybicie wszystkich parędziesięciu komarów, które zabrały się wraz z nami na stopa. Zginęły wszystkie!

„Strażnicy Wiednia”
Stacja Benzynowa za Wiedniem. Docieramy nań koło 19:00. Krótka kolacja, bierzemy się do roboty. Wraz z nami dwa inne teamy. Austriacy, w przeciwieństwie do Polaczków i Pepiczków, nie są tak gościnni. Po 3 godzinach zatrzymujemy pierwszy samochód. Oni pytają o cel, o nas, po chwili…o dokumenty. Okazuje się, że to Austriacki nieoznakowany patrol policji, z ładnymi błyszczącymi odznakami. Przed mandatem ratuje nas jednak dowód osobisty Krzyśka. Przystrzyżony na garnek Polizei nie potrafi spisać jego danych osobowych- dokładnie ma problem z imieniem. Zatrzymuje się kilkakrotnie przy „KRZY..” po czym skreśla wszystko to, co napisał dotychczas. Oddają nam dokumenty. Sfrustrowani, życzą powodzenia. Po chwili zatrzymuje się bus na Neustadt. Początkowo, wahamy się z decyzją wejścia do busa. Jednak na widok trzymających się za rękę par męskich, wyżelowanych i dziwnie uśmiechniętych chłopaków- rezygnujemy ( nie było miejsca przy oknie ). Dochodzi 2:00, a my dalej „w lesie”. Kilka razy próbujemy łapać Tiry. W końcu zmęczeni, dajemy szanse innemu patrolowi na negocjacje z kierowcą ( podjeżdża tir na węgierskich tablicach). To polak, jedzie do Graz. Ma miejsce na pace. My, po chwili dyskusji między sobą, nie chcąc „ogona” w Graz, rezygnujemy. Okazało się, że dziewczyny dojeżdżają aż do Włoch. Sic!

„Rakietą do Graz”
Nie poddajemy się, mimo że już 8:00 a my nie zmrużyliśmy oczu. Nagle dzieje się coś niezwykłego. Podjeżdża czarne Porshe, a z opuszczonej szyby wyłania się zadarta twarz Austriaka. Zaprasza nas do wozu. Jedziemy 180km/h, słuchając Rammsteina, w kierunku Graz. Kierowca w jednej dłoni pali trzydziestego już papierosa, w drugiej pisze sms. Nieco nas to niepokoi. W połowie drogi z Wiednia do Graz Austriak coś psioczy pod nosem. Po chwili odpowiada, że właśnie pokłócił się z dziewczyną, że musi szybko wracać do Bukaresztu, że musi przyśpieszyć jeśli ma nas dowieźć do Graz. Wtedy puszcza kawałek „Ich Will” regulując głośniki na Max! Na takiego MAX, że nie słyszymy własnych myśli. Jakby tego było mało, button „mode sport” zaświeca się na żółto. Kierowca postanowił przyśpieszyć do 260km/h, co w naszym przypadku uniemożliwiło jakiekolwiek ruchy nóg, rąk, a nawet powiek. Chcemy się przeżegnać, ale ze względu na prędkość to niemożliwe. To cud, gdyż po chwili jesteśmy w Graz i żyjemy. Nic tego dnia nie robi mi większej przyjemności jak fakt, że jeszcze żyję.

„Ameliese Stangl”
Graz nie jest dla nas szczęśliwe. Po 4 godzinach łapania stopa na wylotówce przy autostradzie, oddajemy się drzemce. Nie jest to dobry pomysł. Mimo, że drzemka trwa od 12:00 do 14:30, moje powieki przypominają spieczone skwarki wędliny z Grilla a niemal poparzony od słońca nos- czerwoną latarnię. Jest 16:00, jesteśmy na totalnej „pipidówce” w Graz i jesteśmy totalnie zniechęceni do czegokolwiek. Nagle zatrzymuje się wyglądająca na 70 lat starsza kobieta. Początkowo, mocno na nas bluzga. Tłumaczymy jej łamanym niemieckim: „my nie włóczęga, my mieć zawody, my być grzeczni studenci z Polska”. Przekonujemy ją do tego stopnia, że zabiera nas ze sobą. Jedziemy i rozmawiamy. Długo rozmawiamy, gdyż Pani osiąga maksymalną prędkość 30km/h w trosce o swoje zdrowie. Długa rozmowa zmienia podejście Pani do nas. Obiecuje wyrzucić nas przy autostradzie. Rozmawiamy z nią dalej. Po chwili słyszymy propozycję, aby u niej przenocować, zjeść obiad. Jesteśmy niesamowicie zaskoczeni, lecz ze względu na współzawodnictwo i chęć dotarcia do mety- ładnie odmawiamy. Przed podwózką na wylotówkę, Pani zawozi nas do swoich znajomych. Przedstawia nas każdemu z dziesięciorga miłych z twarzy ludzi. Nie wiemy czemu, ale czujemy się przyjemnie w tej sytuacji. Pani odwozi nas na umówione miejsce. Zanim odjeżdża do domu, coś zmusza ją do wsparcia strudzonych autostopowiczów. Wychodzi z auta, daje nam kiełbasę. Wraca, a po chwili znów opuszcza samochód. Dostajemy 30 euro na drogę ( z zastrzeżeniem, że nie możemy tego przepić ). Wraca, a po chwili znów opuszcza samochód. Ze łzami w oczach wręcza nam adres i dane kontaktowe. Mamy po powrocie do Polski zadzwonić do Pani Ameliese Stangl i potwierdzić, że cali i zdrowi wróciliśmy do domów.

„Ach ci Austriacy”
Z Graz wydostajemy się za uprzejmością złapanej przez nas na podwórku kobiety. Obiecuje podwieźć nas na Tankstelle, jednak za okazaniem dokumentów. Tak też czynimy. Zaskoczona, przeprasza nas, z entuzjazmem nie tylko podwozi nas na stację paliwową za Graz, ale i pomaga łapać stopa, szukać tirów i „osobówek” do Włoch. Na owej stacji zagadujęmy parę- rodowitego Austriacka i nierodowitą czarnoskórą Austriaczkę. Austriak, w drodze do Klagenfurtu, śmieje się z polskich stadionów na Euro, chwali polską wódkę, cieszy się, że może pomóc. Pod Klagenfurtem znajdujemy tankującego tira na polskich „blachach”. Fuck Yeah, jedziemy do Forli!

„Nie ufaj Włochom”
Jest poniedziałek, 10:30. Jesteśmy jakieś 50 km od Riminii. Czujemy smak zwycięstwa. Jakże to naiwne. Włoch z ciężarówką obiecuje podwieźć nas na autostradę prowadzącą bezpośrednio do Riminii. Ufamy mu, niestety. Niestety, bo wyrzuca nas wbrew naszej woli w Imoli ( Imola, malownicze miasteczko w okolicach Bolonii, z trudnym dostępem do autostrady ). Z Imoli nie udaje nam się wjechać powrotnie na autostradę. Postanawiamy, że metodą żabich kroków przedostaniemy się z Imoli do Riminii przez Faenzę, Forli, Cesenę. Tak też się dzieje. Jako, że nie mamy szczęścia do bezpośredniego „stopa” do Riminii, mozolnie zaliczamy kolejne stacje. Mozolnie, gdyż w Riminii jesteśmy około godziny 19:00. Sic! Z Riminii autostopem na Kamping Paradiso docieramy w dwie godziny. W momencie, gdy organizatorzy mają kończyć zawody, my pojawiamy się na linii mety. Wbiegamy jak zwycięzcy, mimo że ostatni. Odbieramy skromne nagrody. A sukces dotarcia do mety świętujemy mocząc tyłki w Adriatyku.

„Słowem końcowym”
Cała trasa zajęła nam 61 godzin, przemieszczaliśmy się w tym czasie kilkunastoma samochodami i tirami. Pełni podziwu dla zwycięskiej pary, która w kilkanaście godzin dotarła na metę, cieszymy się z naszego osiągnięcia. Może i trasa zajęła nam kilka dni, może i zdarzało nam się czekać po kilka godzin na kolejnego stopa. Jednak wszystkich przygód, jakich doświadczyliśmy na trasie, nikt nam nie odbierze.

A nasze motto ASR2010r., to:
„cycki mają łatwiej”

DamianBarański
i
KrzysztofMałecki
 

Podoba mi się!
10 osobom się podobało
min min min min min min min min min min min min min min min